Od ponad dekady finał „pucharu tysiąca drużyn” rozgrywany jest na Stadionie PGE Narodowym w Warszawie. W tym roku 2 maja na trybunach dominować będą kibice z Zabrza i Częstochowy, dopingujący swych ulubieńców.
Takiego finału nie mieliśmy już dawno. Henryk Kula, dziś Prezes Śląskiego ZPN, szefował jeszcze Sokołowi Wola. Jarosław Bryś, jeden z jego zastępców, śmigał po ekstraklasowych boiskach w koszulce Szombierek. Który to rok? Ano 1993. To wtedy po raz ostatni w finale Pucharu Polski zagrały dwa kluby zrzeszone w śląskim związku. Grano – a jakże! – na Stadionie Śląskim, a GKS Katowice w rzutach karnych rozstrzygnął na swą korzyść rywalizację z Ruchem Chorzów.
Dziesiąty taki finał
To był dziewiąty taki finał. Taki, czyli będący wewnętrzną sprawą dwóch zespołów z tego samego województwa: wtedy jeszcze katowickiego. Na dziesiąty, jak widać, tutejsi kibice czekać musieli aż 33 lata! Ale się doczekali: w sobotę o godz. 16.00 na murawę stadionu Narodowego Centrum Sportu w Warszawie wybiegną piłkarze Górnika Zabrze i Rakowa Częstochowa. Pikarze któregoś z tych zespołów po końcowym gwizdku Jarosława Przybyła wzniosą nad głowy okazałe trofeum.
54 lata cierpliwości
Zabrzańscy kibice na takie święto – brzmi to aż niewiarygodnie, biorąc pod uwagę fakt, że „górnicy” potrafili w rozgrywkach Pucharu Polski triumfować pięć razy z rzędu – czekają… ponad pół wieku. Stanisław Oślizło, być może jedyny w historii światowego futbolu kapitan sześciokrotnie odbierający trofeum za pucharowy triumf, po raz ostatni w imieniu Zabrzan uczynił to bowiem w 1972 roku! Od tamtej pory – a więc już 54 lata – pucharowa posucha. Owszem, były finały – na czele z tym najwspanialszym, z GKS-em Katowice, dokładnie 40 lat temu w Kotle Czarownic, w obecności 55 tysięcy (!) widzów, żaden z nich jednak nie przyniósł ekipie z Roosevelta satysfakcji.
Raków to z kolei „historia najnowsza” pucharowych zmagań. Pierwszej próby zdobycia Pucharu Polski doświadczyli Częstochowianie w roku 1967, jako… trzecioligowcy – taka była wówczas hierarchia w rodzimej piłce. Na kolejną szansę czekać musieli – uwaga, uwaga! – 54 lata! Ale jak w końcu finału się dochrapali, to nie popuścili przez trzy kolejne edycje. Sięgnęli po trofeum w 2021, 2022 i… I przegrali trzecią kolejną próbę, w 2023!
Prezes mówi „fifty-fifty”
– Jestem bardzo dumny! – przywołany na wstępie Henryk Kula zaciera ręce na myśl o widowisku, jakie w sobotnie popołudnie (początek o godz. 16.00) stworzą Górnik i Raków. Dyplomatycznie unika natomiast wskazania faworyta. – Uważam, że szanse są „fifty-fifty”. Niech więc wygra lepszy! – mówi sternik śląskiej piłki.
Własna siłownia…
Po obu stronach barykady spojrzenie na finałowe szanse są natomiast diametralnie odmienne. W obu zespołach widać atmosferę wielkiej mobilizacji i… piłkarskiego święta. – Czuć, że to inny tydzień. Liczy się teraz tylko zdobycie trofeum – podkreśla trener Częstochowian, Łukasz Tomczyk. Z drugiej strony – jego zadaniem jest oczywiście gaszenie emocji, które mogłyby zaszkodzić w grze o trofeum. – Idziemy swoim cyklem. Staramy się zrobić wszystko, aby było jak najbardziej normalnie. Przywieźliśmy nawet swoją siłownię – zdradza.
…i własne know-how
– Ten ostatni krok to coś wyjątkowego. Podoba mi się, że finał jest rozgrywany na stadionie, gdzie gra reprezentacja – Michal Gašparik, trener „górników”, też docenia „świąteczność” sobotniej potyczki. Z drugiej strony – dla niego gra podopiecznych w finale krajowego pucharu to… normalka. Jako szkoleniowiec Spartaka Trnawa, cztery razy z rzędu docierał do finału Pucharu Słowacji, trzykrotnie po niego sięgając. Nic dziwnego, że przed sobotnią potyczką odwołuje się do własnych doświadczeń. – Pucharowe mecze są trochę inne, każdy trener ma przygotowane swoje know-how – przypomina. I zapewnia: – Wszystko nam funkcjonuje, atmosfera jest dobra.
Magiczne słowo
Najczęściej powtarzane z obu stron – i odmieniane na wiele sposobów – słowo to „głodni”. – Mamy w zespole fajny miks zawodników na finał: „głodnych” i takich, którzy już tu grali albo zdobyli inne trofea – mówi Łukasz Tomczyk.
Najbardziej spektakularny dorobek pucharowy w CV ma jednak Lukas Podolski. Mistrz świata sięgał po puchar niemal każdego kraju (wyjąwszy półroczną przygodę z Interem Mediolan), w którym przyszło mu występować. Ma więc w dorobku triumf w Niemczech (Bayern), Anglii (Arsenal), Turcji (Galatasaray) i Japonii (Vissel). – Przyjechaliśmy tu, by dokończyć to, co zaczęliśmy. Jesteśmy „głodni”, zostawimy na boisku serducho – zapowiada „Poldi”. I w swoim stylu nie gryzie się w język. – Chcemy postawić ten ostatni krok, zawalczyć o wszystko. Bylibyśmy głupi, gdybyśmy powiedzieli, że nie jesteśmy gotowi. Będziemy biegać, aż się „porzygamy”. Obojętnie, czy będzie to 90 minut, 120, czy rzuty karne. Każdy musi dać z siebie sto procent, albo nawet więcej, by wygrać. Jesteśmy w stanie to zrobić – zapewnia Podolski.
Początek finałowego spotkania Górnik Zabrze – Raków Częstochowa, którego stawką jest STS Puchar Polski i… premia w wysokości 5 mln złotych (!) w sobotę, 2 maja, o godz. 16.00.
Tekst: Dariusz Leśnikowski
Fot. PZPN






