U swego zarania, ponad 100 lat temu, klub z Rudy Śląskiej był jednym z narzędzi walki o polskość (jak historyczna bitwa pod Grunwaldem). Teraz ludzie z nim związani – gdzieś na peryferiach wielkiej piłki – codziennie toczą „bitwę o Grunwald”. Na szczęście wciąż udaje się wygrywać!
Z pozoru to „biała plama” na piłkarskiej mapie Polski. I to całkiem sporych rozmiarów: tylko Zielona Góra jest większym (pod względem liczby mieszkańców) miastem, które nigdy w historii nie doczekało się swego klubu w futbolowej elicie. Zaraz za nią plasuje się właśnie Ruda Śląska.
Tamtejsi fani „kopanej” mogliby mieć kompleksy: swych przedstawicieli w walce o mistrzostwo Polski miało wiele mniejszych i dużo mniejszych ośrodków w górnośląsko-zagłębiowskiej metropolii. Idąc hierarchicznie: Tychy, Chorzów, Jaworzno, Jastrzębie-Zdrój, Siemianowice Śląskie (w okresie przedligowym), Racibórz, Świętochłowice, Wodzisław Śląski, na ośmiokrotnie mniej ludnych Radlinie i Radzionkowie kończąc. Sama Ruda Śląska, „wciśnięta” na mapie między dwa futbolowe ośrodki-giganty, czyli wspomniany już Chorzów i Zabrze, tym samym rozdarta została między dwa kibicowskie żywioły: Ruch i Górnika. Sama zaś, „poskładana” administracyjnie z niegdysiejszych samodzielnych ośrodków, scalonych na przełomie lat 50. i 60. w jeden organizm miejski (do dziś tak naprawdę miasto nie ma tradycyjnego centrum, z historycznym rynkiem), nie doczekała się wiodącego klubu piłkarskiego. Próbę stworzenia takowego – o tym również jest niniejszy materiał – podjęto pod koniec XX wieku; szybko jednak zakończyła się fiaskiem. Dziś rudzka rzeczywistość piłkarska to co najwyżej… siódmy (!) poziom rozgrywkowy. A przecież co prawda ekstraklasy w Rudzie Śląskiej nie było, za to aż cztery (!) kluby wdrapały się w przeszłości na jej zaplecze. Ich oryginalne, historyczne nazwy dobrze oddają skomplikowane „rozczłonkowanie dzielnicowe” miasta. Spójrzmy: Wawel Wirek, Slavia Ruda (bez dodatku „Śląska”), Urania Kochłowice i Grunwald Halemba. Wyjąwszy ten pierwszy, pozostałe dziś już oficjalnie występują pod szyldem miejskim, a nie dzielnicy, w której mają siedzibę. Trochę znak czasów, gdy trzeba liczyć na samorządowe wsparcie…
Od Cyganka i Cygana, przez „Bulika” po „Kamyka”
Zanim pochylimy się nad dziejami i teraźniejszością ostatniego z wymienionych wyżej klubów, wypada jeszcze wspomnieć kontekst, dzięki któremu przytoczone na wstępie hasło „biała plama” można ostatecznie w rudzkim kontekście odrzucić. Dlaczego? Ano właśnie z terenu dzisiejszej Rudy Śląskiej, z klubów do dziś działających, wywodzą się dwaj najwybitniejsi polscy piłkarze lat. 50. i 60. Ernest Pohl, wielka gwiazda Górnika Zabrze, którego imię nosi stadion przy Roosevelta, przygodę z piłką zaczynał w Slavii. Zaś w nieodległym Nowym Bytomiu, na boiskach-klepiskach tamtejszej Pogoni, pierwsze piłkarskie kroki stawiała legenda… stołecznej Legii, czyli Lucjan Brychczy. Podobnie więc jak w innych śląskich miastach, i tu talenty rodziły się na kamieniu (a raczej na węglu) – i tak jest do teraz! Tyle że nie miały w macierzystym mieście okazji do rozwoju swych karier, więc ruszały do klubów ościennych miast. Ze Slavii wywodzi się m.in. Władysław Żmuda, z Wawelu – Paweł Cyganek (jeszcze przedwojenny reprezentant), Erwin Wilczek, Grzegorz Kapica i Kamil Grabara, z Pogoni – Marcin Baszczyński, z Uranii – Bogusław Cygan, wreszcie z Grunwaldu – Artur Sobiech. Reprezentanci, mistrzowie kraju (czasem wielokrotni), królowie strzelców ekstraklasy: bogate grono gwiazd. A można by jeszcze dorzucić nazwiska Bronisława Buli, Adama Kompały i najświeższe – Jakuba Kamińskiego, a więc piłkarzy urodzonych w Rudzie Śląskiej i „za bajtla” kopiących piłkę między rudzkimi familokami albo boiskami wydzielonymi na rudzkich blokowiskach. Nie, zdecydowanie fani piłki nożnej z tego miasta jednak nie powinni mieć żadnych kompleksów!

Artur Sobiech nigdy nie zagrał w seniorskim zespole Grunwaldu, ale jest jego najsłynniejszym wychowankiem!
Raz na sto (sześć) lat
Do drugiej (dzisiejszej pierwszej) ligi wchodzi się tylko raz na sto lat… Latem 1998 roku w Rudzie Śląskiej wciąż niemało było kibiców, pamiętający sprzed kilkunastu lat drugoligowe boje Uranii. Pewnie jakaś część z nich – mimo lokalnego przywiązania do swej małej, kochłowickiej ojczyzny – mocno ściskała kciuki za powodzenie barażowych bojów Grunwaldu z wrocławskim Polarem o awans na zaplecze ekstraklasy. W halembskim „dream teamie” – jak media uparły się nazywać zespół stworzony przy Kłodnickiej 54, w sąsiedztwie budowli i szybów KWK Halemba – nie brakowało przecież piłkarzy ściągniętych z kochłowickiej „Marakany”, mieli więc swoich w tym zespole, nawet jeśli w tym momencie ci „swoi” nosili na piersiach herb innego klubu. Boje z Dolnoślązakami – prowadził ich trener Ryszard Paluszek, który trzy dekady wcześniej, jako zawodnik wrocławskiego Lotnika, strzelił Grunwaldowi… sześć (!) goli w spotkaniu trzecioligowym – same w sobie były epickim widowiskiem. A właściwie rewanż po wygranej Ślązaków 2:1 we Wrocławiu.
„Jeszcze nie pora na Polar” – podsumował ową pierwszą odsłonę dwumeczowych zmagań, trawestując popularną wówczas w telewizji reklamę wyrobów tej marki. Halembianie następnego dnia przeczytali te słowa we wszystkich dziennikach na Górnym Śląsku i chyba za szybko w to przesłanie uwierzyli, a gol strzelony już w 7 minucie rewanżu przez Adriana Przybyłę utwierdził ich w przekonaniu, że nic złego się im nie stanie. Co prawda 60 sekund później gospodarze stracili kontuzjowanego Tomasza Dragana, ale kilka tysięcy widzów na trybunach z upływem każdej kolejnej minuty radowało się coraz głośniej z pewnego – wydawałoby się – awansu Grunwaldu na drugi front. Mieli zresztą kibice również i inne powody do dobrego nastroju: rzadko przecież ogląda się arbitra (w tym przypadku Jacka Granata) „sfaulowanego” klasycznym podcięciem przez piłkarza (Rafała Bindę) – takie były skutki śliskiej murawy, zroszonej deszczem towarzyszącym letniej burzy.
Nawet ów zimny prysznic z nieba nie zmącił radosnej atmosfery: „Proszę państwa, jeszcze 300 sekund i Grunwald będzie w II lidze” – wykrzyczał do mikrofonu spiker Tadeusz Piątkowski w 85. minucie gry. Przedwcześnie; swymi słowami niejako „odbezpieczył granat”… W heroicznym zrywie najpierw Rafał Lis dał gościom nadzieję, a potem Jarosław Kołodziej wyrównał rachunki. Euforia widowni w ułamku sekundy przemieniła się jeśli nie w kompletną panikę, to na pewno – w paraliżujący strach. Ba; goście raz jeszcze zdołali trafić do siatki Andrzeja Jarkiewicza, tym razem jednak z pozycji spalonej. Tak oczekiwany jeszcze 300 sekund wcześniej gwizdek sędziowski oznaczał nie koniec emocji, a jedynie ich początek. Jeszcze przez kolejny kwadrans wrocławianie – siłą rozpędu – dominowali na murawie; jednak po dogrywkowej zmianie stron przewaga fizyczna i wytrzymałościowa halembian zaczęła brać górę. Jak to jednak zwykle w takich momentach bywa, decydujący gol wcale nie był pięknym trafieniem, które zasługiwałoby na „ochy”, „achy” i rozpamiętywanie przez lata. Po prostu – Janusz Slatinschek de facto… trafiony został centrą w głowę; i to nawet nie w czoło, a w jej czubek, lub nawet tył. Najlepsi fizycy głowili się potem przez długie tygodnie, obliczając trajektorię lotu piłki i prawdopodobieństwo, że wpadnie Wiesławowi Gniewkowi za kołnierz. I do niczego w tych matematycznych wyliczankach nie doszli; może dlatego, że futbol to w zasadzie bardzo prosta gra. Chodzi w niej o to, by trafić w prostokąt o wymiarach 7,32 na 2,44 m; choćby nawet łysiną…
Taki dzień zdarza się raz na sto lat: trener Teodor Wawoczny fetowany przez swych podopiecznych po awansie Grunwaldu do II ligi.
To była 120 minuta rewanżowego meczu; gościom już nie starczyło czasu nie tylko na skonstruowanie odpowiedzi, ale nawet pomyślenie o niej. Na lodowiskach całego świata po ważnym zwycięskim meczu płonie kapelusz triumfującego trenera. Opiekun Grunwaldu chodził bez kapelusza, więc ofiarą radości kilkutysięcznego tłumu padła jego koszula, porwana na kilka tysięcy skrawków. W końcu do drugiej ligi w Halembie wchodzi się tylko raz na sto lat!
Między walczakiem a skrybą
Ów trener nazywał się Teodor Wawoczny. Opowieść o Grunwaldzie – jak widać powyżej – nie musi się od niego zaczynać. Ale nie ma żadnych wątpliwości, że jego osoba musi być osią spajającą ową opowieść. „Państwo to ja” – rzekł był Ludwik XIV. Wawoczny – za skromny jest na to – nigdy by nie rzekł „Grunwald to ja”; z łatwością znaleźlibyście (pewnie nie tylko w Halembie, nie tylko w Rudzie Śląskiej, i nie tylko na Śląsku) ludzi, którzy podpisaliby się pod stwierdzeniem „Grunwald to on”. No bo jeżeli urodził się i dorastał parę kilometrów od miejsca (czyli w Starej Kuźni), w którym od dekad zlokalizowany jest stadion Grunwaldu; jeśli minęło już grubo ponad 60 lat, kiedy po raz pierwszy przywdział jego strój jako piłkarz; jeśli wielokrotnie – po raz pierwszy ponad pół wieku wstecz – prowadził zespół jako trener; jeśli funkcję prezesa – wyjąwszy z tego okresu, 4,5 roku – sprawuje od kwietnia 1981, to wspomniane słowa „Króla Słońce” już nie wydają się tak całkiem abstrakcyjne.
Ileż razy prezes Wawoczny zwalniał trenera Wawocznego; ale też ileż razy nominował go do tej roli? W dobrym dziennikarskim stylu chciałoby się w tym miejscu napisać „najstarsi górale tego nie pamiętają”. Żadne środki stylistyczne i chwyty retoryczne do tej sytuacji jednak nie pasują. Bo „Wawa” – tak, słusznie się domyślacie: ksywka (wrócimy jeszcze do niej) wzięła się od pseudonimu Edvaldo Izidio Netto, czyli Vavy, dwukrotnego mistrza świata z Canarinhos w 1958 i 1962, pierwszego zawodnika, który strzelał bramki w dwóch kolejnych wielkich finałach MŚ) – nie tyle pamięta, ile razy na ową ławkę wracał i w ilu meczach poprowadził rudzki zespół; on to bardzo dokładnie wie! Tak to po prostu jest, jeśli – prócz charakteru boiskowego walczaka i temperamentu trenerskiego raptusa – ma się też skrajnie odmienną od tych dwóch typów naturę precyzyjnego skryby, z benedyktyńską cierpliwością dokumentującego każdy istotny element klubowego życia. W liczących czasem parę tysięcy (!) stron księgach przezeń pieczołowicie spisywanych, uwzględniony jest każdy mecz nie tylko seniorskiej ekipy Grunwaldu, ale i jej rezerw, a także wszystkich drużyn juniorskich i trampkarskich od chwili ich powstania. Notkę biograficzną w archiwum „Wawy” ma też kilka tysięcy zawodników, którzy w koszulce Grunwaldu w oficjalnym meczu pojawili się choćby na minutę. Data debiutu, liczba spotkań i bramek strzelonych (jeśli takowe były) bądź puszczonych (przez bramkarzy oczywiście), klubowe losy, czasem jeszcze jakaś anegdotka… A to i tak jeszcze nic. Miałem przyjemność współpracować z nim przy tworzeniu monografii „Zielonych”; okazało się, że część dokumentacyjna, za którą odpowiadał, parokrotnie przewyższała objętością „beletrystycznie” opisane dzieje klubu Zawierała bowiem nie tylko dane wspomniane wyżej, ale też nazwiska każdego sędziego, który w ostatnich 60 latach prowadził mecze halembian; personalia nie tylko prezesów, trenerów, działaczy, ale i pracowników administracyjnych; ba, również wszystkich kibiców-sponsorów, czyli tych, którzy – na przykład – przez lata, jako pracownicy patronackiej KWK Halemba, wspierali klub regularnymi składkami! Po co to komu? – ktoś zapyta. A choćby po to, by utrwalić nawet najmniejszy ślad czyjego życia i czyjegoś dobra…
Między talentem a karcianym stolikiem
To „Wawa” – korespondując m.in. z… Biblioteką Białego Domu – odkopał wszystkie możliwe do odkopania dokumenty z dziejów halembskiej „kopanej” i wysłuchał wszystkich, którzy mieli cokolwiek do powiedzenia o tych latach życia Grunwaldu (założonego w 1920 rokiu), jakich on sam (rocznik 1948) pamiętać nie mógł. Szperanie w archiwach i szczęśliwie zachowanych egzemplarzach prasy początku dwudziestolecia międzywojennego pozwoliło utrwalić dla potomnych nazwiska (Piotr Mika, Paweł Moroń i Augustyn Wicik) założycieli klubu wówczas nazwanego Gwiazda, a także relację z pierwszego oficjalnego meczu, z Życiem Kochłowice (7:0).
Założyciele halembskiego klubu. Od lewej: Piotr Mika, Paweł Moroń, Augustyn Wicik
„Gra wykazała dużą, zupełnie zdecydowaną przewagę Gwiazdy, która głównie dzięki zgraniu ataku i dobrej grze zupełnie lekko pokonała przeciwnika” – pisał „Sportowiec Górnośląski” (nr 11 z 17.10.1920). Jeden z kolejnych numerów tegoż pisma przynosił wszakże zupełnie odmienny obraz: „Towarzystwo Sportowe Gwiazda, jak nas informuje list przysłany przez „Starego Sportowca”, w ostatnich czasach opuściło się nieco w swojej pracy sportowej. Wina w tym po części prezesa, który druhów za mało w rękach trzymał, po części zaś druhów członków, którzy w lecie z chęcią brali się do ćwiczeń, teraz zaś, kiedy chłodno, jakoś nie bardzo chce się im przychodzić na boisko”. Te dwie diametralnie odmienne recenzje sportowego zaangażowania w Halembie sporządzone w odstępie dwóch miesięcy można by chyba dopasować – bez złośliwości! – do kolejnych niemal 106 lat dziejów halembskiej piłki!
No bo z jednej strony były w tych dziejach postaci wybitne. Ot, Bernard Koziołek choćby, długoletni rekordzista gier ligowych w barwach Grunwaldu (428). „W lepszych czasach, gdy piłkarze Grunwaldu nie musieli stawiać się na kopalnianą szychtę, on nigdy z „oddelegowania do pracy na stadionie” nie korzystał. Zwalniał się co najwyżej na dwie godziny na treningi (odbywające się w środku dniówki), by po boiskowych zajęciach wrócić jeszcze na stanowisko pracy!” – czytamy o nim w klubowej monografii. Albo Gerard „Aciol” Pawlik, potrafiący w 27 grach ligowych w jednym z sezonów zdobyć aż 40 goli, co wkrótce otwarło mu drogę do ekstraklasy w barwach Zagłębia Wałbrzych i ROW-u Rybnik, a także do tzw. kadry czytelników „Expressu Wieczornego”, tradycyjnie sparującej z reprezentacją Polski (wówczas prowadzoną przez Michała Matyasa).
Halembskie legendy po wygranej 7:0 w Mikołowie z tamtejszą Stalą w 1961 roku. Bernard Koziołek stoi drugi od lewej. Gerard Pawlik, autor czterech trafień w tym meczu, drugi od lewej w dolnym rzędzie.
„Aciol”, wchodząc z ławki, zastąpił samego Włodzimierza Lubańskiego (!), a jego partnerami były tego dnia większe i mniejsze gwiazdy rodzimego futbolu: Marian Szeja, Jacek Gmoch, Stanisław Oślizło, Zygmunt Anczok, Walter Winkler, Zygfryd Szołtysik, Jerzy Sadek, Bernard Blaut i Andrzej Jarosik. Niektórzy parę lat potem zostali mistrzami olimpijskimi! Na marginesie: w latach 90. sam Grunwald natomiast był sparingpartnerem reprezentacji narodowej Antoniego Piechniczka; grano wówczas na Stadionie Śląskim, na który przyszło – bez reklam – 10 tys. widzów).
Bywały też w tych dziejach chwile trudne, i ludzie z talentem równie wielkim do kopania piłki, jak i… komplikowania sobie życia. Znajdziemy w kronice choćby personalia Emanuela Kostki, który najpierw w Górniku Zabrze (do samego Ernesta Pohla miał 18-latek w jednym ze sparingów zawołać „Co ty myślisz, jo byda lotoł, a ty mi nie bydziesz podować?”), potem w Naprzodzie Lipiny, a wreszcie w Grunwaldzie kłaść fundament pod swą legendę „ślonskiego elwra” ze zmarnowanym i talentem, i żywotem. A to zdarzyło mu się „zapomnieć” o zgrupowaniu kadry juniorów, na które dostał powołanie, bo – jak potem wyjaśniał – „akurat grał w karty z kolegami” (i pewnie mu karta mu szła); a to opuścił kilka treningów w Grunwaldzie; a to znów – miast ćwiczyć z drużyną – wolał przyglądać się partnerom, schowany za wałem, na którym osadzono trybuny halembskiego obiektu.
Dziesięć tysięcy kibiców przyszło na Stadion Śląski na sparing reprezentacji Polski z Grunwaldem.
Z termosem w Polskę
Dobra, dość; kogo zainteresowały smaczki zawarte w tych opowieściach, sięgnie po klubową monografię, wciąż dostępną w siedzibie Grunwaldu. Nam wypada zaznaczyć, że opisany szeroko moment awansu na zaplecze ekstraklasy był chwilą największej ekstazy halembskich/rudzkich kibiców. Przygoda z II ligą trwała tylko dwa lata – i tak długo, bo „kaprys” w postaci wsparcia ze strony górnictwa okazał się krótkotrwały. W efekcie zachowano w klubowych kronikach takie choćby obrazki i wpisy: „Zwiększała się liczba wyjazdowych gier, na które Grunwald wyjeżdżał… wczesnym porankiem w dniu spotkania. O 17.00 gramy w Łęcznej? Dobra, zbiórka o 6.30 pod klubem. Niezawodny kierownik drużyny, Roman Merczyk, przywiezie jak zawsze pokaźnych rozmiarów termos z gorącą zupą; do tego kanapki, trochę owoców. Że fotele w autokarze może niezbyt wygodne, a nogi drętwieją po paru godzinach w jednej pozycji? Nic to; byle tylko korków po drodze nie było, bo głupio przegrać walkowerem z powodu 20-minutowego spóźnienia, skoro jechało się dziewięć godzin…” Te obrazki bynajmniej nie są przejaskrawione. Na większość z 23 gier wyjazdowych w sezonie 1999/2000 rudzianie ruszali w dniu konfrontacji, a we wspomnianym „kotle z zupą” zmieniała się co najwyżej zawartość; kocioł był ten sam.
Zespół z Halemby dokładnie w połowie swej drugoligowej przygody.
Nie było więc szans na uratowanie drugoligowego bytu, nawet gdy na trenerskiej ławce zasiadł Grzegorz Kapica. Dwukrotny mistrz Polski (z Lechem i Ruchem) i król strzelców ekstraklasy (w Szombierkach) od zawsze wpisywał się w chlubą kartę trenerów przepięknie o piłce mówiących. „Przyjechaliśmy jako Kopciuszek na wielki bal i już nawet przymierzaliśmy złoty bucik, ale zgubiliśmy go tuż przed północą” – mówił na przykład, gdy przy Bukowej jego podopieczni stracili gola – i punkt za remis – w 90. minucie. Tych smakowitych podsumowań było oczywiście więcej:
* „Chciałbym przeprosić licznie zgromadzonych kibiców w Ostrowcu, że nasza gra nie miała nic wspólnego z piłką nożną. (…) Gdyby w bramce KSZO zamiast Janusza Jojki powiesić marynarkę, byłaby trafiona tylko raz”;
* „Ukręciliśmy dzisiaj bicz z piasku. (…) Praktycznie każdy z naszych piłkarzy potrzebuje odpoczynku. Janusz Nawrocki jest w takim stanie, że zamiast grać, powinien pojechać na dwa tygodnie do Polanicy-Zdroju”;
* „Po ostatnim wyjeździe do dziś pali nas zgaga”.
Czyż nie jest to fajniejszy sposób przedstawiania kibicom piłki, niż przytaczanie podręcznikowych formułek o „fazach przejściowych” i „trzeciej tercji”?
Tak samuraj kraje, jak mu… języka staje
Grzegorz Kapica, którego opowieści o futbolu do dziś słucha się z zapartym tchem, dziś znów pracuje w roli szkoleniowca Grunwaldu. Kiedyś, na zapleczu ekstraklasy, miał okazję pracować m.in. z Mirosławem Bąkiem, Januszem Bodziochem czy wspomnianym Januszem Nawrockim (byłym reprezentantem). Teraz – w A-klasie, czyli na ósmym poziomie rozgrywkowym – przychodzi mu prowadzić graczy o nieporównywalnie mniejszym talencie.
Ekipa z Halemby po efektownej ligowej wygranej 9:2 z UKS-em Ruch Chorzów. Pierwszy z lewej stoi Teodor Wawoczny, pierwszy z prawej – trener Grzegorz Kapica.
Ale przecież też ciekawych, bo od lat w zielonych koszulkach z herbem Grunwaldu zawsze biega jeden-dwóch… Japończyków. To efekt długoletniej znajomości Teodora Wawocznego z jednym z tamtejszych menedżerów, którego podopiecznym marzy się Europa i ewentualna w niej przygoda z futbolem większa niż ta, na którą mogliby liczyć u siebie. Dla prezesa ich obecność to okazja codziennej rozmowy z nimi w języku… japońskim, który opanował już w stopniu pozwalającym na swobodną konwersację. Dla nich – szansa na kontakt z odmienną kulturą, ale i rozwój osobisty. Ot, choćby dla Yu Ito. Talentem piłkarskim nie błysnął, ale lingwistycznym – i owszem. Polskiego nauczyć się błyskawicznie, i to w stopniu pozwalającym mu na ukończenie kursu i zdanie egzaminu na trenerską licencję UEFA C. Być może przystąpi i do kolejnych!
Yu Ito odbiera od Teodora Wawocznego pamiątkową koszulkę z okazji 100. występu w barwach Grunwaldu.
W małym – choć już 106-letnim – klubie nie brakowało (i nie brakuje) wielkich ludzi. Na koniec – obiecaliśmy to przecież wcześniej – jeszcze powrót do prezesowskiej ksywki. Zawodnik, trener (z licencją UEFA Pro i tytułem magisterskim w tej dziedzinie) i prezes w jednej osobie całej piłkarskiej Polsce znany jest nie jako Teodor Wawoczny, ale „Wawa” właśnie. Tak zwracają się doń od 20 lat – bo tak długo zasiada w tym gremium – członkowie Zarządu Śląskiego ZPN-u. Tak zwracali się doń przez lata renomowani prawnicy i adwokaci z dyplomami uniwersyteckimi z prośbą o poradę, gdy przychodziło im rozstrzygać sprawy w Najwyższej Komisji Odwoławczej PZPN-u (był m.in. sekretarzem tejże). Najsympatyczniejsze zaś chyba jest to, że krótkie i wdzięczne miano przyjęło się i wśród jego najbliższych: Pani Krystyna (zresztą zaangażowana w klubowe życie całkiem mocno) swego „ślubnego” też nie przywoła inaczej, niż „Wawa”!
Tekst: Dariusz Leśnikowski
Fot. GKS Grunwald Ruda Śląska






