Gwiazdy i elwry z Halemby

26 sie 2026

U swego zarania, ponad 100 lat temu, klub z Rudy Śląskiej był jednym z narzędzi walki o polskość (jak historyczna bitwa pod Grunwaldem). Teraz ludzie z nim związani – gdzieś na peryferiach wielkiej piłki – codziennie toczą „bitwę o Grunwald”. Na szczęście wciąż udaje się wygrywać! 

Z pozoru to „biała plama” na piłkarskiej mapie Polski. I to całkiem sporych rozmiarów: tylko Zielona Góra jest większym (pod względem liczby mieszkańców) miastem, które nigdy w historii nie doczekało się swego klubu w futbolowej elicie. Zaraz za nią plasuje się właśnie Ruda Śląska.

Tamtejsi fani „kopanej” mogliby mieć kompleksy: swych przedstawicieli w walce o mistrzostwo Polski miało wiele mniejszych i dużo mniejszych ośrodków w górnośląsko-zagłębiowskiej metropolii. Idąc hierarchicznie: Tychy, Chorzów, Jaworzno, Jastrzębie-Zdrój, Siemianowice Śląskie (w okresie przedligowym), Racibórz, Świętochłowice, Wodzisław Śląski, na ośmiokrotnie mniej ludnych Radlinie i Radzionkowie kończąc. Sama Ruda Śląska, „wciśnięta” na mapie między dwa futbolowe ośrodki-giganty, czyli wspomniany już Chorzów i Zabrze, tym samym rozdarta została między dwa kibicowskie żywioły: Ruch i Górnika. Sama zaś, „poskładana” administracyjnie z niegdysiejszych samodzielnych ośrodków, scalonych na przełomie lat 50. i 60. w jeden organizm miejski (do dziś tak naprawdę miasto nie ma tradycyjnego centrum, z historycznym rynkiem), nie doczekała się wiodącego klubu piłkarskiego. Próbę stworzenia takowego – o tym również jest niniejszy materiał – podjęto pod koniec XX wieku; szybko jednak zakończyła się fiaskiem. Dziś rudzka rzeczywistość piłkarska to co najwyżej… siódmy (!) poziom rozgrywkowy. A przecież co prawda ekstraklasy w Rudzie Śląskiej nie było, za to aż cztery (!) kluby wdrapały się w przeszłości na jej zaplecze. Ich oryginalne, historyczne nazwy  dobrze oddają skomplikowane „rozczłonkowanie dzielnicowe” miasta. Spójrzmy: Wawel Wirek, Slavia Ruda (bez dodatku „Śląska”), Urania Kochłowice i Grunwald Halemba. Wyjąwszy ten pierwszy, pozostałe dziś już oficjalnie występują pod szyldem miejskim, a nie dzielnicy, w której mają siedzibę. Trochę znak czasów, gdy trzeba liczyć na samorządowe wsparcie…

Od Cyganka i Cygana, przez „Bulika” po „Kamyka”

Zanim pochylimy się nad dziejami i teraźniejszością ostatniego z wymienionych wyżej klubów, wypada jeszcze wspomnieć kontekst, dzięki któremu przytoczone na wstępie hasło „biała plama” można ostatecznie w rudzkim kontekście odrzucić. Dlaczego? Ano właśnie z terenu dzisiejszej Rudy Śląskiej, z klubów do dziś działających, wywodzą się dwaj najwybitniejsi polscy piłkarze lat. 50. i 60. Ernest Pohl, wielka gwiazda Górnika Zabrze, którego imię nosi stadion przy Roosevelta, przygodę z piłką zaczynał w Slavii. Zaś w nieodległym Nowym Bytomiu, na boiskach-klepiskach tamtejszej Pogoni, pierwsze piłkarskie kroki stawiała legenda… stołecznej Legii, czyli Lucjan Brychczy. Podobnie więc jak w innych śląskich miastach, i tu talenty rodziły się na kamieniu (a raczej na węglu) – i tak jest do teraz! Tyle że nie miały w macierzystym mieście okazji do rozwoju swych karier, więc ruszały do klubów ościennych miast. Ze Slavii wywodzi się m.in. Władysław Żmuda, z Wawelu – Paweł Cyganek (jeszcze przedwojenny reprezentant), Erwin Wilczek, Grzegorz Kapica i Kamil Grabara, z Pogoni – Marcin Baszczyński, z Uranii – Bogusław Cygan, wreszcie z Grunwaldu – Artur Sobiech. Reprezentanci, mistrzowie kraju (czasem wielokrotni), królowie strzelców ekstraklasy: bogate grono gwiazd. A można by jeszcze dorzucić nazwiska Bronisława Buli, Adama Kompały i najświeższe – Jakuba Kamińskiego, a więc piłkarzy urodzonych w Rudzie Śląskiej i „za bajtla” kopiących piłkę między rudzkimi familokami albo boiskami wydzielonymi na rudzkich blokowiskach. Nie, zdecydowanie fani piłki nożnej z tego miasta jednak nie powinni mieć żadnych kompleksów!

Artur Sobiech nigdy nie zagrał w seniorskim zespole Grunwaldu, ale jest jego najsłynniejszym wychowankiem!

Raz na sto (sześć) lat

Do drugiej (dzisiejszej pierwszej) ligi wchodzi się tylko raz na sto lat… Latem 1998 roku w Rudzie Śląskiej wciąż niemało było kibiców, pamiętający sprzed kilkunastu lat drugoligowe boje Uranii. Pewnie jakaś część z nich – mimo lokalnego przywiązania do swej małej, kochłowickiej ojczyzny – mocno ściskała kciuki za powodzenie barażowych bojów Grunwaldu z wrocławskim Polarem o awans na zaplecze ekstraklasy. W halembskim „dream teamie” – jak media uparły się nazywać zespół stworzony przy Kłodnickiej 54, w sąsiedztwie budowli i szybów KWK Halemba – nie brakowało przecież piłkarzy ściągniętych z kochłowickiej „Marakany”, mieli więc swoich w tym zespole, nawet jeśli w tym momencie ci „swoi” nosili na piersiach herb innego klubu. Boje z Dolnoślązakami – prowadził ich trener Ryszard Paluszek, który trzy dekady wcześniej, jako zawodnik wrocławskiego Lotnika, strzelił Grunwaldowi… sześć (!) goli w spotkaniu trzecioligowym – same w sobie były epickim widowiskiem. A właściwie rewanż po wygranej Ślązaków 2:1 we Wrocławiu.

„Jeszcze nie pora na Polar” – podsumował ową pierwszą odsłonę dwumeczowych zmagań, trawestując popularną wówczas w telewizji reklamę wyrobów tej marki. Halembianie następnego dnia przeczytali te słowa we wszystkich dziennikach na Górnym Śląsku i chyba za szybko w to przesłanie uwierzyli, a gol strzelony już w 7 minucie rewanżu przez Adriana Przybyłę utwierdził ich w przekonaniu, że nic złego się im nie stanie. Co prawda 60 sekund później gospodarze stracili kontuzjowanego Tomasza Dragana, ale kilka tysięcy widzów na trybunach z upływem każdej kolejnej minuty radowało się coraz głośniej z pewnego – wydawałoby się – awansu Grunwaldu na drugi front. Mieli zresztą kibice również i inne powody do dobrego nastroju: rzadko przecież ogląda się arbitra (w tym przypadku Jacka Granata) „sfaulowanego” klasycznym podcięciem przez piłkarza (Rafała Bindę) – takie były skutki śliskiej murawy, zroszonej deszczem towarzyszącym letniej burzy.

Nawet ów zimny prysznic z nieba nie zmącił radosnej atmosfery: „Proszę państwa, jeszcze 300 sekund i Grunwald będzie w II lidze” – wykrzyczał do mikrofonu spiker Tadeusz Piątkowski w 85. minucie gry. Przedwcześnie; swymi słowami niejako „odbezpieczył granat”… W heroicznym zrywie najpierw Rafał Lis dał gościom nadzieję, a potem Jarosław Kołodziej wyrównał rachunki. Euforia widowni w ułamku sekundy przemieniła się jeśli nie w kompletną panikę, to na pewno – w paraliżujący strach. Ba; goście raz jeszcze zdołali trafić do siatki Andrzeja Jarkiewicza, tym razem jednak z pozycji spalonej. Tak oczekiwany jeszcze 300 sekund wcześniej gwizdek sędziowski oznaczał nie koniec emocji, a jedynie ich początek. Jeszcze przez kolejny kwadrans wrocławianie – siłą rozpędu – dominowali na murawie; jednak po dogrywkowej zmianie stron przewaga fizyczna i wytrzymałościowa halembian zaczęła brać górę. Jak to jednak zwykle w takich momentach bywa, decydujący gol wcale nie był pięknym trafieniem, które zasługiwałoby na „ochy”, „achy” i rozpamiętywanie przez lata. Po prostu – Janusz Slatinschek de facto… trafiony został centrą w głowę; i to nawet nie w czoło, a w jej czubek, lub nawet tył. Najlepsi fizycy głowili się potem przez długie tygodnie, obliczając trajektorię lotu piłki i prawdopodobieństwo, że wpadnie Wiesławowi Gniewkowi za kołnierz. I do niczego w tych matematycznych wyliczankach nie doszli; może dlatego, że futbol to w zasadzie bardzo prosta gra. Chodzi w niej o to, by trafić w prostokąt o wymiarach 7,32 na 2,44 m; choćby nawet łysiną…

Taki dzień zdarza się raz na sto lat: trener Teodor Wawoczny fetowany przez swych podopiecznych po awansie Grunwaldu do II ligi.

To była 120 minuta rewanżowego meczu; gościom już nie starczyło czasu nie tylko na skonstruowanie odpowiedzi, ale nawet pomyślenie o niej. Na lodowiskach całego świata po ważnym zwycięskim meczu płonie kapelusz triumfującego trenera. Opiekun Grunwaldu chodził bez kapelusza, więc ofiarą radości kilkutysięcznego tłumu padła jego koszula, porwana na kilka tysięcy skrawków. W końcu do drugiej ligi w Halembie wchodzi się tylko raz na sto lat!

Między walczakiem a skrybą

Ów trener nazywał się Teodor Wawoczny. Opowieść o Grunwaldzie – jak widać powyżej – nie musi się od niego zaczynać. Ale nie ma żadnych wątpliwości, że jego osoba musi być osią spajającą ową opowieść. „Państwo to ja” – rzekł był Ludwik XIV. Wawoczny – za skromny jest na to – nigdy by nie rzekł „Grunwald to ja”; z łatwością znaleźlibyście (pewnie nie tylko w Halembie, nie tylko w Rudzie Śląskiej, i nie tylko na Śląsku) ludzi, którzy podpisaliby się pod stwierdzeniem „Grunwald to on”. No bo jeżeli urodził się i dorastał parę kilometrów od miejsca (czyli w Starej Kuźni), w którym od dekad zlokalizowany jest stadion Grunwaldu; jeśli minęło już grubo ponad 60 lat, kiedy po raz pierwszy przywdział jego strój jako piłkarz; jeśli wielokrotnie – po raz pierwszy ponad pół wieku wstecz – prowadził zespół jako trener; jeśli funkcję prezesa – wyjąwszy z tego okresu, 4,5 roku – sprawuje od kwietnia 1981, to wspomniane słowa „Króla Słońce” już nie wydają się tak całkiem abstrakcyjne.

Ileż razy prezes Wawoczny zwalniał trenera Wawocznego; ale też ileż razy nominował go do tej roli? W dobrym dziennikarskim stylu chciałoby się w tym miejscu napisać „najstarsi górale tego nie pamiętają”. Żadne środki stylistyczne i chwyty retoryczne do tej sytuacji jednak nie pasują. Bo „Wawa” – tak, słusznie się domyślacie: ksywka (wrócimy jeszcze do niej) wzięła się od pseudonimu Edvaldo Izidio Netto, czyli Vavy, dwukrotnego mistrza świata z Canarinhos w 1958 i 1962, pierwszego zawodnika, który strzelał bramki w dwóch kolejnych wielkich finałach MŚ) – nie tyle pamięta, ile razy na ową ławkę wracał i w ilu meczach poprowadził rudzki zespół; on to bardzo dokładnie wie! Tak to po prostu jest, jeśli – prócz charakteru boiskowego walczaka i temperamentu trenerskiego raptusa – ma się też skrajnie odmienną od tych dwóch typów naturę precyzyjnego skryby, z benedyktyńską cierpliwością dokumentującego każdy istotny element klubowego życia. W liczących czasem parę tysięcy (!) stron księgach przezeń pieczołowicie spisywanych, uwzględniony jest każdy mecz nie tylko seniorskiej ekipy Grunwaldu, ale i jej rezerw, a także wszystkich drużyn juniorskich i trampkarskich od chwili ich powstania. Notkę biograficzną w archiwum „Wawy” ma też kilka tysięcy zawodników, którzy w koszulce Grunwaldu w oficjalnym meczu pojawili się choćby na minutę. Data debiutu, liczba spotkań i bramek strzelonych (jeśli takowe były) bądź puszczonych (przez bramkarzy oczywiście), klubowe losy, czasem jeszcze jakaś anegdotka… A to i tak jeszcze nic. Miałem przyjemność współpracować z nim przy tworzeniu monografii „Zielonych”; okazało się, że część dokumentacyjna, za którą odpowiadał, parokrotnie przewyższała objętością „beletrystycznie” opisane dzieje klubu Zawierała bowiem nie tylko dane wspomniane wyżej, ale też nazwiska każdego sędziego, który w ostatnich 60 latach prowadził mecze halembian; personalia nie tylko prezesów, trenerów, działaczy, ale i pracowników administracyjnych; ba, również wszystkich kibiców-sponsorów, czyli tych, którzy – na przykład – przez lata, jako pracownicy patronackiej KWK Halemba, wspierali klub regularnymi składkami! Po co to komu? – ktoś zapyta. A choćby po to, by utrwalić nawet najmniejszy ślad czyjego życia i czyjegoś dobra…

Między talentem a karcianym stolikiem

To „Wawa” – korespondując m.in. z… Biblioteką Białego Domu – odkopał wszystkie możliwe do odkopania dokumenty z dziejów halembskiej „kopanej” i wysłuchał wszystkich, którzy mieli cokolwiek do powiedzenia o tych latach życia Grunwaldu (założonego w 1920 rokiu), jakich on sam (rocznik 1948) pamiętać nie mógł. Szperanie w archiwach i szczęśliwie zachowanych egzemplarzach prasy początku dwudziestolecia międzywojennego pozwoliło utrwalić dla potomnych nazwiska (Piotr Mika, Paweł Moroń i Augustyn Wicik) założycieli klubu wówczas nazwanego Gwiazda, a także relację z pierwszego oficjalnego meczu, z Życiem Kochłowice (7:0).

Założyciele halembskiego klubu. Od lewej: Piotr Mika, Paweł Moroń, Augustyn Wicik

„Gra wykazała dużą, zupełnie zdecydowaną przewagę Gwiazdy, która głównie dzięki zgraniu ataku i dobrej grze zupełnie lekko pokonała przeciwnika” – pisał „Sportowiec Górnośląski” (nr 11 z 17.10.1920). Jeden z kolejnych numerów tegoż pisma przynosił wszakże zupełnie odmienny obraz: „Towarzystwo Sportowe Gwiazda, jak nas informuje list przysłany przez „Starego Sportowca”, w ostatnich czasach opuściło się nieco w swojej pracy sportowej. Wina w tym po części prezesa, który druhów za mało w rękach trzymał, po części zaś druhów członków, którzy w lecie z chęcią brali się do ćwiczeń, teraz zaś, kiedy chłodno, jakoś nie bardzo chce się im przychodzić na boisko”. Te dwie diametralnie odmienne recenzje sportowego zaangażowania w Halembie sporządzone w odstępie dwóch miesięcy można by chyba dopasować – bez złośliwości! – do kolejnych niemal 106 lat dziejów halembskiej piłki!

No bo z jednej strony były w tych dziejach postaci wybitne. Ot, Bernard Koziołek choćby, długoletni rekordzista gier ligowych w barwach Grunwaldu (428). „W lepszych czasach, gdy piłkarze Grunwaldu nie musieli stawiać się na kopalnianą szychtę, on nigdy z „oddelegowania do pracy na stadionie” nie korzystał. Zwalniał się co najwyżej na dwie godziny na treningi (odbywające się w środku dniówki), by po boiskowych zajęciach wrócić jeszcze na stanowisko pracy!” – czytamy o nim w klubowej monografii. Albo Gerard „Aciol” Pawlik, potrafiący w 27 grach ligowych w jednym z sezonów zdobyć aż 40 goli, co wkrótce otwarło mu drogę do ekstraklasy w barwach Zagłębia Wałbrzych i ROW-u Rybnik, a także do tzw. kadry czytelników „Expressu Wieczornego”, tradycyjnie sparującej z reprezentacją Polski (wówczas prowadzoną przez Michała Matyasa).

Halembskie legendy po wygranej 7:0 w Mikołowie z tamtejszą Stalą w 1961 roku. Bernard Koziołek stoi drugi od lewej. Gerard Pawlik, autor czterech trafień w tym meczu, drugi od lewej w dolnym rzędzie.

 

„Aciol”, wchodząc z ławki, zastąpił samego Włodzimierza Lubańskiego (!), a jego partnerami były tego dnia większe i mniejsze gwiazdy rodzimego futbolu: Marian Szeja, Jacek Gmoch, Stanisław Oślizło, Zygmunt Anczok, Walter Winkler, Zygfryd Szołtysik, Jerzy Sadek, Bernard Blaut i Andrzej Jarosik. Niektórzy parę lat potem zostali mistrzami olimpijskimi! Na marginesie: w latach 90. sam Grunwald natomiast był sparingpartnerem reprezentacji narodowej Antoniego Piechniczka; grano wówczas na Stadionie Śląskim, na który przyszło – bez reklam – 10 tys. widzów).

Bywały też w tych dziejach chwile trudne, i ludzie z talentem równie wielkim do kopania piłki, jak i… komplikowania sobie życia. Znajdziemy w kronice choćby personalia Emanuela Kostki, który najpierw w Górniku Zabrze (do samego Ernesta Pohla miał 18-latek w jednym ze sparingów zawołać „Co ty myślisz, jo byda lotoł, a ty mi nie bydziesz podować?”), potem w Naprzodzie Lipiny, a wreszcie w Grunwaldzie kłaść fundament pod swą legendę „ślonskiego elwra” ze zmarnowanym i talentem, i żywotem. A to zdarzyło mu się „zapomnieć” o zgrupowaniu kadry juniorów, na które dostał powołanie, bo – jak potem wyjaśniał – „akurat grał w karty z kolegami” (i pewnie mu karta mu szła); a to opuścił kilka treningów w Grunwaldzie; a to znów – miast ćwiczyć z drużyną – wolał przyglądać się partnerom, schowany za wałem, na którym osadzono trybuny halembskiego obiektu.

Dziesięć tysięcy kibiców przyszło na Stadion Śląski na sparing reprezentacji Polski z Grunwaldem.

Z termosem w Polskę

Dobra, dość; kogo zainteresowały smaczki zawarte w tych opowieściach, sięgnie po klubową monografię, wciąż dostępną w siedzibie Grunwaldu. Nam wypada zaznaczyć, że opisany szeroko moment awansu na zaplecze ekstraklasy był chwilą największej ekstazy halembskich/rudzkich kibiców. Przygoda z II ligą trwała tylko dwa lata – i tak długo, bo „kaprys” w postaci wsparcia ze strony górnictwa okazał się krótkotrwały. W efekcie zachowano w klubowych kronikach takie choćby obrazki i wpisy: „Zwiększała się liczba wyjazdowych gier, na które Grunwald wyjeżdżał… wczesnym porankiem w dniu spotkania. O 17.00 gramy w Łęcznej? Dobra, zbiórka o 6.30 pod klubem. Niezawodny kierownik drużyny, Roman Merczyk, przywiezie jak zawsze pokaźnych rozmiarów termos z gorącą zupą; do tego kanapki, trochę owoców. Że fotele w autokarze może niezbyt wygodne, a nogi drętwieją po paru godzinach w jednej pozycji? Nic to; byle tylko korków po drodze nie było, bo głupio przegrać walkowerem z powodu 20-minutowego spóźnienia, skoro jechało się dziewięć godzin…” Te obrazki bynajmniej nie są przejaskrawione. Na większość z 23 gier wyjazdowych w sezonie 1999/2000 rudzianie ruszali w dniu konfrontacji, a we wspomnianym „kotle z zupą” zmieniała się co najwyżej zawartość; kocioł był ten sam.

Zespół z Halemby dokładnie w połowie swej drugoligowej przygody.

Nie było więc szans na uratowanie drugoligowego bytu, nawet gdy na trenerskiej ławce zasiadł Grzegorz Kapica. Dwukrotny mistrz Polski (z Lechem i Ruchem) i król strzelców ekstraklasy (w Szombierkach) od zawsze wpisywał się w chlubą kartę trenerów przepięknie o piłce mówiących. „Przyjechaliśmy jako Kopciuszek na wielki bal i już nawet przymierzaliśmy złoty bucik, ale zgubiliśmy go tuż przed północą” – mówił na przykład, gdy przy Bukowej jego podopieczni stracili gola – i punkt za remis – w 90. minucie. Tych smakowitych podsumowań było oczywiście więcej:

* „Chciałbym przeprosić licznie zgromadzonych kibiców w Ostrowcu, że nasza gra nie miała nic wspólnego z piłką nożną. (…) Gdyby w bramce KSZO zamiast Janusza Jojki powiesić marynarkę, byłaby trafiona tylko raz”;

* „Ukręciliśmy dzisiaj bicz z piasku. (…) Praktycznie każdy z naszych piłkarzy potrzebuje odpoczynku. Janusz Nawrocki jest w takim stanie, że zamiast grać, powinien pojechać na dwa tygodnie do Polanicy-Zdroju”;

* „Po ostatnim wyjeździe do dziś pali nas zgaga”.

Czyż nie jest to fajniejszy sposób przedstawiania kibicom piłki, niż przytaczanie podręcznikowych formułek o „fazach przejściowych” i „trzeciej tercji”?

Tak samuraj kraje, jak mu… języka staje

Grzegorz Kapica, którego opowieści o futbolu do dziś słucha się z zapartym tchem, dziś znów pracuje w roli szkoleniowca Grunwaldu. Kiedyś, na zapleczu ekstraklasy, miał okazję pracować m.in. z Mirosławem Bąkiem, Januszem Bodziochem czy wspomnianym Januszem Nawrockim (byłym reprezentantem). Teraz – w A-klasie, czyli na ósmym poziomie rozgrywkowym – przychodzi mu prowadzić graczy o nieporównywalnie mniejszym talencie.

Ekipa z Halemby po efektownej ligowej wygranej 9:2 z UKS-em Ruch Chorzów. Pierwszy z lewej stoi Teodor Wawoczny, pierwszy z prawej – trener Grzegorz Kapica.

Ale przecież też ciekawych, bo od lat w zielonych koszulkach z herbem Grunwaldu zawsze biega jeden-dwóch… Japończyków. To efekt długoletniej znajomości Teodora Wawocznego z jednym z tamtejszych menedżerów, którego podopiecznym marzy się Europa i ewentualna w niej przygoda z futbolem większa niż ta, na którą mogliby liczyć u siebie. Dla prezesa ich obecność to okazja codziennej rozmowy z nimi w języku… japońskim, który opanował już w stopniu pozwalającym na swobodną konwersację. Dla nich – szansa na kontakt z odmienną kulturą, ale i rozwój osobisty. Ot, choćby dla Yu Ito. Talentem piłkarskim nie błysnął, ale lingwistycznym – i owszem. Polskiego nauczyć się błyskawicznie, i to w stopniu pozwalającym mu na ukończenie kursu i zdanie egzaminu na trenerską licencję UEFA C. Być może przystąpi i do kolejnych!

Yu Ito odbiera od Teodora Wawocznego pamiątkową koszulkę z okazji 100. występu w barwach Grunwaldu.

W małym – choć już 106-letnim – klubie nie brakowało (i nie brakuje) wielkich ludzi. Na koniec – obiecaliśmy to przecież wcześniej – jeszcze powrót do prezesowskiej ksywki. Zawodnik, trener (z licencją UEFA Pro i tytułem magisterskim w tej dziedzinie) i prezes w jednej osobie całej piłkarskiej Polsce znany jest nie jako Teodor Wawoczny, ale „Wawa” właśnie. Tak zwracają się doń od 20 lat – bo tak długo zasiada w tym gremium – członkowie Zarządu Śląskiego ZPN-u. Tak zwracali się doń przez lata renomowani prawnicy i adwokaci z dyplomami uniwersyteckimi z prośbą o poradę, gdy przychodziło im rozstrzygać sprawy w Najwyższej Komisji Odwoławczej PZPN-u (był m.in. sekretarzem tejże). Najsympatyczniejsze zaś chyba jest to, że krótkie i wdzięczne miano przyjęło się i wśród jego najbliższych: Pani Krystyna (zresztą zaangażowana w klubowe życie całkiem mocno) swego „ślubnego” też nie przywoła inaczej, niż „Wawa”!

 

Tekst: Dariusz Leśnikowski

Fot. GKS Grunwald Ruda Śląska

Gmina Konopiska Parterem Śląskiego ZPN

Gmina Konopiska Parterem Śląskiego ZPN

Gmina Konopiska rozpoczyna współpracę ze Śląskim Związkiem Piłki Nożnej. Porozumienie o wzajemnej współpracy podpisali Wójt Gminy Konopiska Artur Brędzel, Prezes Śląskiego Związku Piłki Nożnej Henryk Kula oraz Prezes Podokręgu Częstochowa Śl. ZPN Artur Szymczyk....

Stadionowy rozkład jazdy

Stadionowy rozkład jazdy

Przed nami dni pełne piłkarskich emocji! Polecamy nasz stadionowy rozkład jazdy i zachęcamy do kibicowania zespołom! W naszym regionie trwają Mistrzostwa Świata Kobiet FIFA U20 – bilety TUTAJ   Wyniki i tabele rozgrywek znajdziecie TUTAJ     11 września...

Podziękowanie dla Prezesa Keeza – Tomasza Szulca. Dalej gramy razem!

Podziękowanie dla Prezesa Keeza – Tomasza Szulca. Dalej gramy razem!

Podczas dzisiejszego posiedzenia Zarządu Śląskiego ZPN, Prezes Henryk Kula, Wiceprezes Jarosław Bryś i pozostali Członkowie Zarządu, przekazali serdeczne podziękowania Prezesowi sponsora technicznego Śl. ZPN KEEZA - Tomaszowi Szulcowi, serdeczne podziękowania za...