Karol Kuśka (na zdjęciu z Prezesem Śl.ZPN Henrykiem Kulą) od pół roku stoi na czele zarządu rybnickiego klubu, trzeciej drużyny jesieni w I Lidze Śląskiej-InterHall. Przez długie tygodnie podopieczni Piotra Mandrysza liderowali stawce; dwie porażki w końcowej fazie rundy kosztowały ich oddanie fotela lidera. Ambicji awansu na szczebel centralny Prezes ROW-u jednak nie kryje!
Zacznijmy od wątków osobistych. Długą drogę przebył pan od rzecznika prasowego GKS-u Katowice do fotela prezesa ROW-u Rybnik. Wiodła ona jednak – jak rozumiem – przez stałą obecność w środowisku futbolowym?
– Rzeczywiście. Od tych pierwszych chwil, w Katowicach, minęło już bodaj dwanaście lat. Potem była praca w firmach takich STS i Betclic mocno obecnych w polskim futbolu, a w międzyczasie – ponowna współpraca z GieKSą. Swoją drogą ta współpraca z obiema firmami była bezcenna. Miałem w jej trakcie kontakty z największymi klubami sportowymi w Polsce, z reprezentacją Polski w piłce nożnej czy organizatorami rozgrywek. Z każdego takiego kontraktu sponsorskiego czerpało się ogromną wiedzę. Doświadczenie wtedy zebrane bardzo mi się przydaje. Teraz na niwie biznesu w sporcie prowadzę działalność z zakresu doradztwa i consultingu, a od kilku miesięcy jestem związany właśnie z ROW-em.
W Rybniku – jak dowiedziałem się z pańskich wywiadów medialnych – pracuje pan „pro bono”. Zaiste – niezwykła postawa…
– Wynikająca pewnie z lokalnego patriotyzmu. Pochodzę z Rybnika, to miasto i tutejsze środowisko mnie ukształtowało i wychowało. I teraz chciałbym mu oddać trochę doświadczenia nabytego w życiu; tego, czego się w minionych latach nauczyłem. Proszę przy okazji zaznaczyć, że wszystkie osoby w zarządzie ROW-u zadeklarowały działalność „pro bono”. Osoby obecne we władzach już wcześniej nie pobierały wynagrodzeń, podobnie jest i podczas tej kadencji.
Skoro przywołał pan „lokalny patriotyzm”, to od razu zapytam o jego szczegóły… piłkarskie. Kopał pan piłkę w Rybniku?
– Powiedziałbym – biorąc pod uwagę fakt, że w tutejszym gimnazjum i liceum byłem uczniem klasy sportowej – że w zasadzie wychowałem się na boisku, bo generalnie na treningi zacząłem chodzić w wieku 9 lat. Swoją drogą – w oparciu o wciąż działające klasy sportowe w zespole szkół numer 3 – chciałbym odbudować ówczesną ciągłość szkolenia w rybnickiej piłce, co stawiam sobie za jeden z osobistych celów.
Do tego jeszcze wrócimy w naszej rozmowie. A ja najpierw chciałbym się dowiedzieć, na jakim etapie zatrzymała się ta pańska przygoda z piłką?
– Skończyłem ją w wieku licealnym, kiedy – mówiąc żartobliwie – uznałem, że wielkiej kariery piłkarskiej nie zrobię, a maturę zdać trzeba!
Na jakiej pozycji pan grywał?
– Lewonożny byłem, więc najczęściej jako lewy pomocnik.
No to mógł z pana taki Nicola Zalewski wyrosnąć?!
– Szczerze? Dopiero z czasem nabrałem świadomości, że lewonożnych zawodników w polskiej piłce nie ma zbyt wielu, i że to duży atut w tym środowisku. I że jednak pewnie znalazłoby się parę opcji. Mogłem poszukać jeszcze rozwoju piłkarskiego, ale wydawało mi się, że skoro w swojej drużynie juniorskiej, czyli w ówczesnym Energetyku ROW, w gronie jedenastu nie jestem najlepszy, to właściwie już nie mam po co grać. Całkowicie inaczej odbierałem wtedy futbol.
Na mecze drużyny seniorskiej pan chodził?
– Czasami. Jeździłem też z kolegami na mecze Górnika, bo grał w ekstraklasie. A teraz marzy mi się – ba; to raczej jeden z celów obecnej kadencji – by odbudować w Rybniku modę na lokalną piłkę, modę na ROW.
Czy to był jeszcze czas, kiedy wieszało się na ścianach pokoju plakaty sportowych idoli?
– Owszem. Moja pierwsza świadoma wielka impreza, z której pamiętam mnóstwo faktów i szczegółów, to był mundial 1998. Więc miałem na ścianie plakaty – a w szafie koszulki kupowane na straganach – Roberto Carlosa. Też był lewonożny, a mnie zawsze marzyło się uderzać jak on! Potem doszedł do tego jeszcze Michael Owen, gdy okazało się, że pojechał na mundial jako 18-latek. No i oczywiście David Beckham – to już z racji pozycji, na której grałem, i nadziei na to, że ja też kiedyś będę tak dośrodkowywał z rzutów wolnych czy rożnych, jak on. Zresztą mój trener w tym czasie dawał mi trochę szans uderzania z tej lewej nogi i twierdził, że coś z tego powinno być. Ale ostatecznie „nie pykło”.
Mówimy o zagranicznych gwiazdach. A na lokalnym podwórku też pan miał ulubieńców? Albo lokalne gwiazdy w roli trenera?
– Nie. Choć fajną historią jest chyba to, że obecny kapitan ROW-u, Marcin Grolik, to… mój kolega z klasy sportowej. Ale on w zasadzie od samego początku miał taką determinację, taką wytrzymałość i taką predyspozycję do piłki, że jemu musiało się udać zrobić karierę.
No proszę. Rozumiem, że ta znajomość miała znaczenie dla tego, że latem wrócił do Rybnika po swych licznych wojażach?
– Nie. Nie miało to w ogóle znaczenia. Możemy sobie opowiedzieć, jak wygląda proces decyzyjny przy transferach. Niezależnie od niego akurat w tym przypadku byłem jednak pewien, że choć Marcin jest moim rówieśnikiem, nie będzie motorycznie odstawał od reszty. Wiedziałem, jak zawsze dba o to, żeby profesjonalnie się prowadzić.
A ten proces – trzymając się pańskich słów – jak wygląda?
– Kwestie transferowe są omawiane z sztabem szkoleniowym, ale na koniec to zarząd podejmuje decyzje.Ważne jest to, by potencjalne wzmocnienie mieściło się w klubowych możliwościach finansowych. Cały czas bowiem każdą złotówkę oglądamy dwukrotnie przed jej wydaniem. Nie można zapomnieć o tym, jakie jeszcze niedawno klub miał problemy. Dzisiaj w pewien sposób sytuacja jest opanowana, ale do tego, żeby było normalnie, jeszcze daleko.
Świadomość tej sytuacji nie przerażała pana przed podjęciem decyzji o przyjęciu fotela prezesa?
– Zanim się tej roli podjąłem to przyglądałem się od kilku miesięcy i poznawałem, jak to wszystko wygląda od środka. Poznałem osoby, które – z pasją – na co dzień w klubie działały. I wiedziałem, że jeżeli będziemy realizować plan, który sobie nakreślimy, to …. nie może się nie udać. Ten plan ma spowodować, że za kilka lat wyjdziemy na prostą.
Zdarzyło się latem, że musieliście z jednego czy drugiego transferu zrezygnować – ze względu na ów plan?
– Owszem, pojawiali się zawodnicy, którzy byli zainteresowani przyjściem do nas. Ale musieliśmy im podziękować ze względu na ich oczekiwania finansowe. W paru przypadkach być może i byłoby nas na nich stać, ale nie można w drużynie tworzyć kominów płacowych, by nie rozbić szatni od środka. Generalnie zaś uważam, że nasze letnie okienko transferowe było bardzo udane.
Swoją drogą – I Liga Śląska-InterHall to z jednej strony duma dla naszego regionu. Z drugiej – to w skali kraju piąty poziom rozgrywkowy. Czy powinno się na tym szczeblu rozmawiać o pieniądzach za grę?
– Pamiętajmy, że klubami najczęściej zarządzają osoby, które wywodzą się ze sportu, a więc i mają ambicje. Każdy ośrodek chce być wysoko, te ambicje napędzają rywalizację, która na Śląsku stoi na bardzo wysokim poziomie – sportowym i… finansowym. A skoro piłkarsko jesteśmy na poziomie zdecydowanie wyższym niż gra amatorska, to trudno byłoby organizacyjnie i finansowo działać tylko półamatorsko. Liga Śląska jest – moim zdaniem – bardzo dobrze dofinansowana, jeśli chodzi budżety klubowe i zarobki piłkarzy A mam – proszę mi wierzyć – porównanie z innymi województwami. Równie mocną pod względem budżetów jest chyba tylko liga mazowiecka. Ale nasza piłkarsko być może jest trudniejsza sportowo.
Rozumiem, że ów wysoki poziom sportowy jest również pochodną niedawnej reformy: utworzenia I Ligi Śląskiej-InterHall z dwóch grup czwartoligowych?
– Zdecydowanie tak. Nie ujmując niczego nikomu, chcemy rywalizować na tym poziomie z drużynami, które na mapie piłkarskiej są znane, a ta konsolidacja rozgrywek w tym pomaga. Rezerwy Rakowa czy Piasta, Ruch Radzionków, Rozwój Katowice, Podlesianka – to mecze atrakcyjne dla samych piłkarzy i dla kibiców. Centralizacja była – moim zdaniem – świetnym ruchem. Siła tej ligi również i nas, działaczy, zmusza do tego, by myśleć perspektywicznie, szukać środków na budowę zespołu. My na przykład, niezależnie od dokonanych wzmocnień, latem i jesienią skupialiśmy się na tym, by nasi kluczowi zawodnicy, ci młodzi, byli odpowiednio zabezpieczeni w kontrakty. Przedłużyliśmy umowy z Nikodemem Juraszczykiem, z Kacprem Piekarskim, z Pawłem Chłodkiem, z Bartkiem Plewką – naszym bramkarzem. Wierzymy w nich w dłuższej perspektywie, a nie tylko tu i teraz.
Po tej jesieni może być jednak tak, że dostaną oferty z dużo mocniejszych klubów…
– Jeżeli pojawią się takie sytuacje, my – wiedząc, na którym poziomie rozgrywkowym jesteśmy – nie będziemy hamulcowymi dla rozwoju tych piłkarzy. Ale wszelkie decyzje będą determinowane tym, o co gramy. Dziś jesteśmy w takim miejscu, w którym możemy na wiosnę myśleć o rywalizacji o coś więcej niż tylko gra ponownie w I Lidze Śląskiej – InterHall.
Słyszę, że słowo „awans” z pana ust nie pada. Żeby nie zapeszyć?
– Powiem tak: rozwój sportowy determinuje rozwój organizacyjny, a rozwój organizacyjny często determinuje rozwój sportowy, bo chcesz więcej i wiesz, że możesz więcej. My myślimy o tym, żeby się rozwijać w każdym z tych obszarów. Z drugiej strony – piłka uczy pokory; pokazała nam tej jesieni, że można być liderem przez prawie całą rundę, aby zakończyć ją na miejscu trzecim.
Krótko mówiąc – ciekawa powinna być transferowa zima w Rybniku?
– Postaramy się z drużyną zrobić wszystko, żeby wiosna była dla naszych kibiców ciekawa. I nie mam na myśli wyłącznie transferów, ale też warunki do odpowiedniego przygotowania pierwszej drużyny – to też ma być dla zawodników sygnał, że chcemy coś tutaj osiągać.
Miał pan w tej końcówce zapewne emocjonalny rollercoaster – jako prezes i jako kibic. Ot, taki mecz z Orłem Łękawica: gol stracony już w 26. sekundzie, a potem walenie głową w mur przez 90 minut. Nieskuteczne…
– Po takich meczach mogę powiedzieć, że dużo łatwiej patrzeć na nie z pozycji kibica, a nie prezesa. Jeśli jesteś kibicem, to oczywiście wynik ukochanej drużyny wpływa na ciebie: masz lepszy bądź gorszy humor przez parę dni po meczu. Jeżeli jesteś prezesem, to prócz tego, że odczuwasz smutek bądź radość, zdajesz sobie sprawę z innych konsekwencji, które dany wynik niesie za sobą. I wiesz, że będziesz musiał jakoś tym wynikiem zarządzić. Podobnie rzecz się ma na przykład z czerwoną kartką: kibic wzruszy ramionami i powie „No dobra, chłop nie zagra w następnej kolejce”. A prezes od razu kombinuje: kim trener w następnym meczu ukaranego zastąpi?
Zdarza się panu wejść do szatni po meczu?
– Jesienią zrobiłem to raz. Akurat po meczu wygranym, więc było przyjemnie. Pogratulowałem drużynie superroboty. Sam byłem bardzo szczęśliwy, bo – po pierwsze – akurat wtedy przyszło bardzo wielu kibiców na trybuny, po drugie – udało mi się wtedy ściągnąć fajną grupę ludzi na mecz i chciałem im pokazać, że w Rybniku jest drużyna mająca wielką motywację do wygrywania. Za to po dwóch przegranych z rzędu napisałem bezpośrednio do rady drużyny na wspólnej grupie na jednym komunikatorów. Nie miałem okazji być na meczu, ale zależało mi, aby przekazać wsparcie również w trudniejszym momencie.
Co pan napisał?
– Że dziękuję im za walkę. Że oczywiście fajnie się i łatwo wchodzi się do szatni po zwycięstwach. Natomiast jeśli teraz, po przegranej, zabrakło mnie wśród nich, to nie znaczy, że nie trzymam za nich kciuków i że przestałem w nich wierzyć. I że zawsze będę stał za drużyną. A niewiele później, na spotkaniu po zakończeniu rundy powiedziałem już całej ekipie, że w zasadzie jesteśmy zadowoleni z tej rundy. Z charakteru, jaki pokazywali. To, że dzisiaj jesteśmy na miejscu trzecim powoduje, że mamy o co grać dalej i że zespół na nasze wsparcie może liczyć.
Mam wrażenie, że kluczem do waszych sukcesów jest i to, że spora grupa chłopaków – podobnie jak pan – jest „stąd”; że czuje się mocno związana właśnie z Rybnikiem.
– Zapewne tak. Bardzo chciałbym, żeby nawet ci, którzy do Rybnika się „piłkarsko” przeprowadzili, mieli podobną motywację: chcieliby, aby w Rybniku był fajny klub piłkarski, na odpowiednim poziomie, aby to było dobre miejsce do piłkarskiej rozwoju. W Rybniku da się to zrobić, jestem tego pewien.
Najmodniejsze obecnie słowo w polskiej piłce to „akademia”. Jak wygląda wasz pomysł na szkolenie młodzieży w ROW-ie?
– Moją ambicją – już to mówiłem na wstępie – jest powrót do ciągłości szkolenia pod szyldem klubu. W tej chwili szkolenie młodszych grup odbywa się w RKP Rybnik, a jego wychowankowie – na mocy umowy – trafiali do nas na etapie juniora młodszego, czyli pierwszej klasy liceum. W tej chwili zależy mi na tym, żeby mieć minimum cztery klasy sportowe – a więc drużynę w każdym roczniku na poziomie szkoły średniej – i drużynę seniorską. Od 1 września stworzyliśmy dwie drużyny na bazie pierwszej klasy liceum, z rocznika 2010. Ale wciąż jest przerwa na poziomie drugiej i trzeciej klasy. Czyli dwa lata jeszcze potrzebujemy, żeby ową ciągłość szkolenia mieć – bo to jest wartość. Z drugiej strony cenię opinię niektórych członków zarządu, że organizowanie akademii ma sens, gdy masz na odpowiednim poziomie pierwszą drużynę. Staramy się więc nie zaniedbywać ani jednego, ani drugiego. Generalnie w perspektywie najbliższego czasu będziemy się otwierać na kolejne rybnickie kluby. W szkole, gdzie mamy klasy sportowe, już działa Uczniowski Klub Sportowy, który szkoli najmłodszych. Chcemy też zacieśnić współpracę z wszystkimi klubami dzielnicowymi. Mamy na razie kilka miesięcy postoju w tym programie, ale myślę, że zimą do tego wrócimy.
Oddajmy na koniec cesarzowi, co cesarskie: główne źródło utrzymania ROW-u to dotacje z miasta?
– Naszym głównym partnerem rzeczywiście jest miasto. Dziękujemy za to wsparcie – wiele dla nas znaczy; mamy zresztą deklarację dalszej stabilnej współpracy. Do tego dochodzi wsparcie sponsorów: większych i mniejszych firm. No i niebagatelną rolę odgrywają kibice, poprzez zakup karnetów, obecność na meczach i wszystkie zbiórki, które organizują w trakcie roku. To jest bardzo duża część „przychodowego” tortu.
Tekst: Dariusz Leśnikowski
Fot. Piotr Kostiuk / ROW 1964 Rybnik






