Czy jest jeszcze na Górnym Śląsku – albo szerzej: w Polsce – ktoś, kto widział Ernesta Wilimowskiego na żywo na boisku? Niewykluczone, choć przecież od jego ostatniego meczu dla biało-czerwonych barw minęło już 86 lat. Postać legendarnego górnośląskiego piłkarza przybliży spektakl Teatru Telewizji pt. „Ezi”. Dzięki uprzejmości twórców, zajrzeliśmy na plan filmowy tej produkcji, mającej trafić na ekrany w lutym przyszłego roku.
Na stołach stoją termosy z kawą, kilka filiżanek, popielniczki z niedopałkami… Na stoliczku pod oknem – syfon i kilka literatek. Wzrok kilkunastu postaci odzianych w czerwone dresy z napisem „POLSKA” na plecach i białym orzełkiem na piersi utkwiony w ekranie kineskopowego telewizora. Kazimierz Górski spogląda z kolei do zeszytu formatu A4 z wyraźnym odręcznie wpisanym tytułem: „KADRA NARODOWA. MECZE 1974”. Jerzy Gorgoń potrząsa bujną czupryną, oglądając powtórkę gola ze spotkania z Haiti…
To nie Gorgoń oczywiście, i nie Jan Tomaszewski z dobrze znaną wszystkim kibicom przepaską na czole. I nie pan Kazimierz oczywiście. W rolę „Orłów Górskiego” z mistrzostw świata w RFN wcielili się uczniowie jednej z wiślańskich szkół średnich. Ich szefem zaś jest Zbigniew Zamachowski. Z charakterystycznym lwowskim zaśpiewem przemawia do podopiecznych: „Panowie, mecz można wygrać, przegrać albo zremisować”…
Wiślański ośrodek „Relaks” – mówiąc szczerze – wręcz idealnie pasuje do lat 70. Boazerie na ścianach, okna charakterystyczne dla tamtej epoki, posadzki sprzed półwiecza. I jeszcze architektura przenosząca nas w tamten świat… Nic dziwnego, że najpierw zachwycił się tym obiektem scenograf Jerzy Talik, potem odrobinę swej magii dołożyła tam Monika Kurosad, dekorator wnętrz. – Udało się nam stworzyć eleganckie, spokojne tło dla polskich rozmów o polskich losach – tłumaczyła nam pani Monika. A gdy wszystko było już gotowe, ekipę techniczną – i przede wszystkim aktorów – zaprosił tam reżyser „Eziego”, Janusz Zaorski.
Zaorski dostał do ręki tekst autorstwa Roberta Talarczyka, dyrektora Teatru Śląskiego, a przy okazji – wielkiego kibica futbolu. Fundamentem sztuki, którą napisał, było wspomnienie spotkania, do jakiego w ośrodku Sonne Post w Murrhardt (właśnie to miejsce imituje wiślański „Relaks”) – siedzibie polskiej reprezentacji w trakcie „Weltmeisterschaft’74” – miało dojść między wspomnianym już Kazimierzem Górskim oraz Ernestem Wilimowskim właśnie. Spotkania krótkiego, odnotowanego ledwie w paru zdaniach przez selekcjonera biało-czerwonych w jego memuarach. To właściwie jedyne świadectwo, że do rozmowy dwóch legend polskiego futbolu, rzeczywiście doszło. Było – jak możemy się domyślić – pewne onieśmielenie, lekki dystans, może nawet odrobina strachu z obu stron. Nie jest tajemnicą, że za naszymi kadrowiczami – i ich trenerem też – w Republice Federalnej Niemiec chodzili „smutni panowie” z PRL-owskich tajnych służb. A Wilimowski – choć Górski zawsze postrzegał go jako najwybitniejszego polskiego piłkarza – był przecież w Polsce Ludowej postacią wyklętą. Kontakt z nim mógł trenerowi bardzo zaszkodzić…
Rozmowa obu panów – w rolę „Eziego” wcielił się Andrzej Chyra – w tej sytuacji jest więc twórczą kreacją Roberta Talarczyka. Dalece wykracza w tej sytuacji poza tematykę piłkarską. – To opowieść o ludziach, którzy byli zakotwiczeni w swojej ziemi. I o latach, w których w wyniku władzy tyranów zmieniła się kompletnie mapa Europy: ponad 30 milionów ludzi musiało zmienić kraj i miejsce zamieszkania – mówi nam Janusz Zaorski. Futbol jest tylko pretekstem do opowieści o największych kataklizmach XX wieku: wojnie i dwóch totalitaryzmach, odmieniających ludzkie losy. – To te kataklizmy spowodowały, że „Ezi” raz grał dla Polski, raz dla Rzeszy. A przede wszystkim chciał grać dla Śląska; cale życie powtarzał: „Jestem Górnoślązakiem” – dodaje reżyser spektaklu.
„Ezi”, którego telewizyjną premierę przewidziano na luty 2026, to także próba przywrócenia świadomości polskiego kibica postaci legendarnego piłkarza, którego przez niemal pół wieku próbowano „wygumkować” z rodzimej historii; którego obrzucano najgorszymi epitetami; który – świadomy owej nagonki – bał się wrócić do Polski (i do śląskiej ojczyzny). Kilka miesięcy temu, również dzięki finansowemu wsparciu Śląskiego Związku Piłki Nożnej i osobistemu zaangażowaniu prezesa Henryka Kuli – grób Ernesta Wilimowskiego przeniesiony został w inne miejsce cmentarza w Karlsruhe (tam mieszkał i zmarł piłkarz); ocalono go w ten sposób przed likwidacją. Więcej TUTAJ
Teraz nadchodzi pora – i okazja – by półwieczne propagandowe twierdzenia na temat genialnego piłkarza miotanego wichrami XX-wiecznej historii.
Na ekranie – prócz wspaniałych autorów – widzowie zobaczą też prawdziwą ikonę śląskiego i polskiego futbolu. Kiedy Janusz Zaorski dowiedział, że niespełna dwa kilometry dalej mieszka Antoni Piechniczek, natychmiast zaprosił legendarnego selekcjonera na plan! I nie będzie w tym fałszerstwa historycznego: pan Antoni był w roku 1974 na niemieckim turnieju w roli obserwatora w oficjalnej delegacji związkowej!
Tekst: Dariusz Leśnikowski
Zdjęcia: Przemysław Jendroska / materiały prasowe




