Postacią numer jeden finału Orlen Pucharu Polski pań, dzięki hat trickowi, była Aleksandra Nieciąg. Być może nie miałaby jednak szansy na ten spektakularny wyczyn, gdyby nie kilka wcześniejszych interwencji Kingi Seweryn między słupkami bramki GieKSy. Zwłaszcza jej dwie interwencje w 78. minucie, jeszcze przy stanie 2:1 dla Czarnych, utrzymały Katowiczanki w grze o cenne trofeum. Nie tylko o tej chwili rozmawialiśmy z bramkarką zdobywczyń PP.
Nie byłoby katowickiej szansy na dogrywkę, gdyby nie tamte interwencje. Bohaterka drugiego planu z pani!
– Tak naprawdę każdą moją skuteczną interwencję z tego finału będę dobrze wspominać. A bohaterek było dużo więcej. Nie myślę wyłącznie o dziewczynach, które zagrały w tym finale. Ale także o tych, które – kontuzjowane – wspierały nas całym serduchem z trybun. Myślę, że to było widać na murawie, jak ważne dla nas było to ich wsparcie. I jak bardzo nawzajem niosłyśmy się w tym finale.
Co pani usłyszała od koleżanek po tych dwóch interwencjach, utrzymujących drużynę w grze?
– Milion krzyków radości usłyszałam i poczułam milion dłoni klepiących mnie po plecach.
A co wam powiedziała pani trener Karolina Koch przed dogrywką, że dostałyście takiego „kopa mentalnego” w tym dodatkowym czasie?
– Coś oczywistego: że to ostatnia odsłona tego finału i musimy dać z siebie nie tylko wszystko, ale i… jeszcze więcej.
No i dałyście!
– Bo rzeczywiście grałyśmy do ostatniej chwili, ostatniej sekundy. A w każdej sekundzie wierzyłyśmy, że możemy dać z siebie więcej i więcej.
Ten sezon pewnie nie był do końca taki, jak sobie wyobrażałyście. Ten puchar jest tylko „na pocieszenie”?
– Ależ skąd! Ma wartość samą w sobie. Tym bardziej, że przyzwyczaiłyśmy już naszych kibiców do zwycięstw. W tym sezonie było ich nieco mniej, ale triumfem w pucharze pokazałyśmy, że jesteśmy gotowe ma każde wyzwanie; czasem tylko trzeba się przez chwilę uzbroić w cierpliwość.
W finale wspierała was grupa wiernych fanów. Co by pani chciała powiedzieć im, ale i tym kibiców GieKSy, którzy… zostali w domach?
– Tym, którzy byli na trybunach, chciałam serdecznie podziękować. Tym, którzy się tu nie pojawili, ale trzymali za nas kciuki – też. A ich wszystkich razem – plus tych, którzy lubią piłkę – zapraszam na nasze mecze w nowym sezonie!
Porozmawialiśmy o drużynie, słówko o pani. Kinga Seweryn ma swą bramkarską idolkę?
– Bardziej idola. Dziś jest to David Raya; chciałabym grać w takim stylu, jak on. Natomiast z dziecięcych lat pamiętam jeszcze Ikera Casillasa. To właśnie jego grę zawsze pokazywał mi tata. „Spójrz na niego” – mawiał, kiedy leciał w telewizji mecz Realu. A ja… naprawdę lubiłam go oglądać.
Tato był kibicem Realu?
– Tato był kibicem każdego, w którym widział ewentualny wzór dla mnie (śmiech). Był moim pierwszym trenerem.
Sam też grał w piłkę?
– Owszem, był napastnikiem drużyny w naszym rodzinnym Olkuszu.
Aha! Więc stawiał córkę między słupki i „ostrzeliwał” bramkę?
– Mam jeszcze brata bliźniaka, Mateusza. Od małego trenowaliśmy wspólnie pod okiem taty. Myślę, że do bramki postawili mnie po to, żebym im… nie przeszkadzała w polu (śmiech).
No to wyszło świetnie! Wielkie gratulacje za mecz i za wygraną – dla pani i dla drużyny!
Tekst: Dariusz Leśnikowski






