Kiedyś była tu elita: pół wieku temu grano przy Gliwickiej mecze, których stawką było mistrzostwo Polski. Teraz do tej elity dość daleko, ale są pierwsze sygnały, że duża ligowa piłka wraca do Rybnika.
To był absolutnie szalony sezon w Rybniku. Przez długie jesienne tygodnie zespół ROW-u 1964 prowadził w tabeli IV ligi śląskiej (która oficjalnie nosi w regionie nazwę I Liga Śląska – InterHall), ale w samej końcówce dostał zadyszki. U progu nowego roku klub dokonał sensacyjnej roszady na ławce: Piotra Mandrysza zastąpił Ołeksandr Szeweluchin. Prezes Karol Kuśka przyczyny rozstania nazywał „różnicą wizji” działaczy z trenerem. Poszło m.in. o konkrety personalne: klubowi włodarze – ze względów finansowych – nie zgodzili się na angaż zawodników proponowanych przez doświadczonego szkoleniowca.
Pożegnany po awansie
Wspomniany Szeweluchin – w przeszłości piłkarz m.in. Górnika Zabrze, a jeszcze niedawno członek sztabu szkoleniowego Lechii – wyzwania podjął się po… jednej rozmowie z klubowymi włodarzami. I zaliczył zupełnie niezwykłą rundę z podopiecznymi. ROW wygrał 16 z 17 meczów wiosennych (dwa walkowerem) i – po pięciu latach nieobecności w niej – zameldował się w Betclic 3. Lidze, choć niemal do samego końca deptały mu po piętach rezerwy Rakowa. Euforia – obejmując m.in. wieczorną fiestę na rybnickim rynku – była wielka. Sam szkoleniowiec jednak… chyba już wiedział wtedy, że w nowym sezonie drużyny nie poprowadzi. Co ciekawe: oficjalnego komunikatu w tej sprawie klub nie opublikował! Ci, co wiedzieć mieli – wiedzieli. W przypadku innych pewnie chciano uniknąć pytań, czemu dochodzi do rozstania z trenerem, który zdobył 94 procent punktów możliwych do zdobycia. Wtajemniczeni całą sytuację streszczają mitycznym „brakiem chemii” między opiekunem drużyny a… drużyną. Ci najbardziej złośliwi dodają zaś, że zespół wygrywał i wywalczył awans nie z trenerem, ale… mimo trenera.
Marcin Grolik, kapitan, wysoko wznosił puchar za wywalczenie awansu! / Fot. Piotr Kostiuk / ROW 1964 Rybnik
– Nie ma w piłce czarno-białej rzeczywistości. Nieustannie trzeba obserwować wiele rzeczy – ot, choćby sposób funkcjonowania szatni – i na nie reagować, jeśli dostrzegasz coś niepokojącego – prezes ROW-u, Karol Kuśka, wprost nie potwierdza naszych wcześniejszych stwierdzeń o rozdźwiękach na linii szkoleniowiec – zespół. Sam fakt dokonania zmiany na trenerskiej ławce jest jednak wystarczająco dobitnym sygnałem. – Przed nami przecież dużo większe wyzwanie niż to, któremu trzeba było sprostać w poprzednim sezonie. Trzeba na tę trzecią ligę – w której już od dawna nas nie było – przygotować się należycie od każdej strony, by za rok nie znaleźć się z powrotem w czwartej – mówi Kuśka.
Dni chwały…
„Od dawna” to oczywiście pojęcie względne. ROW 1964 spadł z niej pięć lat temu. Wiele się jednak w tamtych czasach – i później – działo wokół zespołu i klubu. Nie jest przypadkiem, że i sami kibice rybniccy, i „ekipy” zaprzyjaźnionych drużyn ekstraklasowych czy pierwszoligowych, wielokrotnie powtarzały na trybunach swych stadionów okrzyk „ROW Rybnik nigdy nie zginie”. Bo niebezpieczeństwo było blisko. A przypomnieć należy, że rybnicki klub miewał już bardzo trudne momenty w swej historii najnowszej. Tradycją oczywiście nawiązuje do wspaniałej epoki przełomu lat 60. i 70., kiedy – z wieloma znakomitościami w składzie (Jan Kowalski z Górnika, Eugeniusz Lerch z Ruchu, ale też rodzime gwiazdy ziemi rybnickiej: Józef Golla, Andrzej Frydecki, Tadeusz Śmietana, Ryszard Kamiński i wielu innych) – w sumie zaliczył siedem ekstraklasowych sezonów, dochodząc też do finału Pucharu Polski (w 1975, formalnie pod nazwą ROW II) oraz parokrotnie grając w niezwykle popularnym wówczas Pucharze Intertoto (w Polsce chętniej używano nazwy Puchar Lata). Kopali tu piłkę m.in. także Henryk Wieczorek, Edward Lorens, Piotr Piekarczyk czy Henryk Zdebel, a stadion przy Gliwickiej, do dziś służący piłkarzom (i żużlowcom oczywiście), wypełniał się publiką po brzegi.
Na stadionie w Rybniku gościły mistrzowskie ekipy. Tu – Stal Mielec. Bramkarz ROW-u, Witold Szyguła, wygrał powietrzny pojedynek z Grzegorzem Latą, a z boku przyglądali się temu kadrowicz Krzysztof Rześny oraz jedna z rybnickich legend, Andrzej Frydecki. / Fot. archiwum prywatne
…dni upokorzenia
Trudne czasy – po raz pierwszy – przyszły w latach 90., wraz z transformacją ustrojową i gospodarczą. Gdy zabrakło środków z górnictwa – a na nich budowano siłę klubu, sekcję piłkarską po prostu rozwiązano! Reaktywowała się na początku XXI wieku, pod szyldem Energetyka (w oparciu o tę właśnie branżę) i pod tą nazwą pokonywała kolejne szczeble ligowej hierarchii – aż do zaplecza ekstraklasy. To jednak – mimo obecności m.in. Piotra Piekarczyka na trenerskiej ławce – były już za wysokie progi, przygoda z tą klasą rozgrywkową trwała tylko rok. A potem… długo odbijała się czkawką, głównie finansową. Stał się też ROW 1964 (w międzyczasie nazwa „ewoluowała” w tym kierunku, przez etap „Energetyk-ROW”) łupem politycznym władz samorządowych, a wysokość miejskich dotacji powiązana była z przynależnością partyjną czy to prezydenta, czy prezesa klubu… U progu obecnej dekady piłkarze spadli do IV ligi (a w 2024 byli o krok – czyli o baraże, na szczęście wygrane – od kolejnej degradacji), a sytuacja finansowa (długi, długi…) nie stwarzała podstaw do optymizmu.
„Dziewiątka” nietypowa, za to bezczelna
Tendencję spadkową – w obu dziedzinach – udało się jednak zatrzymać. Dorzuciło co nieco miasto, zebrali się lokalni przedsiębiorcy, absolutnie bezcenna okazała się aktywność kibiców (był okres, w którym urządzali zrzutkę na operację więzadeł u jednego z najzdolniejszych wychowanków, Nikodema Juraszczyka). Kryzys został opanowany tak skutecznie, że kilka tygodni temu w Rybniku cieszono się ze wspomnianego awansu do Betclic 3. Ligi! Co więcej; Rybniczanie stali się wielce konkurencyjni na piłkarskim rynku. Fakt, że Marcin Grolik po prostu wracał w rodzinne strony po latach krążenia po Polsce, ale przecież mógł jeszcze śmiało pograć choćby na poziomie drugiej ligi. A teraz umowy z ROW-em przedłużyli dwaj gracze, mogący próbować swych sił w wyżej notowanych ekipach. Mowa o doświadczonym liderze środka pola, Pawle Madryszu, oraz bezapelacyjnym królu strzelców IV ligi śląskiej minionego sezonu, Jakubie Kuczerze (37 goli). Niespecjalnie wyrośnięty, niespecjalnie „rozrośnięty” w barach, ale skuteczny. – Jaka jest moja recepta? W Polsce przyjęło się, że typowa „dziewiątka” musi mieć 2 metry wzrostu i 100 kilogramów. Jestem odstępstwem od tej reguły. Nadrabiam sprytem, szybkością i umiejętnością wykończenia akcji – mówił parę tygodni temu katowickiemu dziennikowi „Sport”. To na nim głównie zawieszone będą oczy (i nadzieje) rybnickich kibiców w trzecioligowym sezonie. A ta trzecia liga nie będzie dlań nowością; grywał już w niej, jeszcze jako nieopierzony młokos. Doskonale jego początki pamięta… nowy trener ROW-u. Jacek Trzeciak prowadził przecież rybniczan pod koniec ubiegłej dekady, na trzecioligowych właśnie boiskach.
– Kuba jest kapitalnym człowiekiem. Pozytywnym, wesołym, potrafiącym rozbawić towarzystwo, ale i potrafiącym śmiać się z samego siebie, co nie jest częste – wspomina ówczesnego „dzieciaka” (miał wtedy 16 lat.) – Ale od strony sportowej ma wielką „zajawkę” na gole. I jest „bezczelnym” napastnikiem, pewnym swych umiejętności – mówi z uznaniem o Kuczerze. Dowodem tej pozytywnie rozumianej bezczelności niech będzie gol zdobyty przezeń w meczu z rezerwami Piasta Gliwice. Rybnicki napastnik golkiperowi rywali wrzucił piłkę za kołnierz uderzeniem z 60 metrów!
Niezwykła bramka Jakuba Kuczery w meczu z Piastem II, zdobyta uderzeniem z własnej połowy.
Wielki powrót na ławkę
À propos Trzeciaka. Dla niego powrót do Rybnika też jest swego rodzaju wyzwaniem. Po okresie pracy trenerskiej – m.in. w Grudziądzu, Elblągu, Jastrzębiu czy Wodzisławiu, do Polonii Bytom już nawet nie sięgając – miał w swej karierze niemal 2,5-letnią przerwę. Wrócił do branży rok temu, przyjmując propozycję II trenera, złożoną mu przez Tomasza Tułacza w Niepołomicach. A teraz znów „idzie na swoje”. – Zadania? Poznać tę ligę; utrzymać się w niej na tyle pewnie, by nie było nerwówki; grać ładnie dla oka; no i wprowadzać w miarę możliwości naszą młodzież do gry – wylicza szkoleniowiec, który podpisał z ROW-em roczny kontrakt. Ta trzecia liga dla niego samego nie jest tajemnicą: jako drugi trener Puszczy jeździł po trzecioligowych obiektach, szukając kandydatów do gry w Niepołomicach. – Stąd wiem, że tu każdy błąd kosztuje bardzo dużo, a różnica między ligą czwartą a trzecią jest spora – podkreśla.
Jacek Trzeciak po powrocie do trenerskiej roboty, ma przed sobą poważne wyzwanie! / Fot. Piotr Kostiuk / ROW 1964 Rybnik
Ksawery daje przykład
– Utrzymanie! – prezes Karol Kuśka też powtarza to jedno słowo w kontekście celów na najbliższe miesiące. Nie to, że jest niewygadany; wszak w swej zawodowej przeszłości na przecież ciekawy wpis: „rzecznik prasowy GKS-u Katowice”. Po prostu na tym etapie sezonu, pomijając zakontraktowanego już stopera, Kajetana Kunkę (III liga w Podlesiance Katowice, II liga w Rozwoju Katowice, I liga w GKS-ie Bełchatów), kadra beniaminka Betclic 3. Ligi wciąż jest układana. – Gdy będę wiedzieć, jaki zespół zbudowaliśmy, pewnie powiem coś więcej – uśmiecha się sternik klubu. Docelowo planowana jest kadra 22-23-osobowa, w której pewną grupkę stanowić ma klubowa młodzież. – Przez ostatni rok pozycję sobie zbudował Ksawery Barski, 16-latek, który już trenuje z pierwszą drużyną. Zapracował sobie swą postawą, by częścią szerokiej kadry ligowej – ocenia Kuśka, który od rozpoczęcia swej kadencji (rok temu, ale wcześniej – jak mówi – „przyglądał się przez kilku miesięcy i poznawał specyfikę klubu”) rozwija proces budowania klubowej akademii, na bazie rozszerzanej współpracy ze szkołami oraz odpowiedzialnym do tej pory za szkolenie dzieci i młodzieży klubem RKP Rybnik. – Moją ambicją jest powrót do ciągłości szkolenia pod szyldem klubu, ale chcemy też zacieśniać współpracę z wszystkimi klubami dzielnicowymi – dodaje.
Ksawery Barski – jedna z rybnickich futbolowych nadziei, w towarzystwie prezesa Karola Kuśki. / Fot. Piotr Kostiuk / ROW 1964 Rybnik
Nie wpakować się w kłopoty
Trwa więc proces tworzenia fundamentów sportowych dla drużyny trzecioligowej. A fundamenty ekonomiczne? W którym miejscu trzecioligowej tabeli plasuje się ROW pod tym względem? – Nie mam pojęcia – szczerze przyznaje nasz rozmówca. – Wiem, że gdyby niektórzy nowi w tej stawce trzecioligowcy dostali tylko 30 procent tego, co otrzymywali ze swych miast do tej pory, i tak… byłoby to więcej, niż nasz budżet. Udało nam się jednak zwiększyć środki na pierwszą drużynę o 20 procent – deklaruje Karol Kuśka podkreślając, że to bynajmniej nie zwiększona dotacja ze strony samorządu, ale kwoty „wypracowane” przez klub własnoręcznie. – Ale to nie oznacza, że od razu zatrudnimy pięciu-dziesięciu nowych, tworząc jakieś kominy płacowe. Wszystko robimy z głową: chcemy zagrać dobry sezon, ale nie wpakować się w kłopoty finansowe!
Autor: Dariusz Leśnikowski
Zdjęcia: Piotr Kostiuk / ROW 1964 Rybnik
Fot. ilustracyjna: Czas radości w Rybniku po awansie do Betclic 3. Ligi był krótki. Zaraz potem rozpoczęła się mozolna robota, by – jak mówią w klubie – „za rok nie wylądować z powrotem w czwartej lidze”. / Fot. Piotr Kostiuk / ROW 1964 Rybnik






