Wojciech Caniboł

6 lut 2020

Rozpoczynał karierę w Odrze Wodzisław Śląski i jako 18-latek zadebiutował w ekstraklasie. Na centralny szczebel rozgrywek Wojciech Caniboł wrócił jako snajper beniaminka II ligi GKS-u 1962 Jastrzębie.

– Czy gol strzelony Zniczowi był dla pana szczególnie ważny?

– Był ważny dla drużyny. To nie był nasz najlepszy mecz. Szło nam jak po grudzie, ale walczyliśmy do końca i dlatego po moim golu nastąpił wybuch euforii. To była nagroda, że nie kalkulowaliśmy. Ani przez moment nie pomyśleliśmy, że skoro jest 1:1 to nie jest źle, bo dalej będziemy niepokonani. W każdym meczu gramy o zwycięstwo nawet gdy przeciwnik dobrze się broni i groźnie kontruje, a tak właśnie grał Znicz.

– To zapytam inaczej. Jak król strzelców drużyny z poprzedniego sezonu czuje się w roli rezerwowego, wchodzącego do gry na ostatnie minuty?

– W poprzednim sezonie strzeliłem 19 goli w III lidze i 2 w Pucharze Polski, ale też często wchodziłem do gry z ławki rezerwowych. Skoro spędziłem na III-ligowych boisku niewiele ponad 1900 minut i strzeliłem 19 goli to myślę, że gdybym grał dłużej pewnie trafień byłoby więcej. W tym sezonie po 108. minutach gry mam na koncie dwie bramki. Statystyki są więc dobre i chcę grać więcej, ale trener Jarosław Skrobacz, który odpowiada za wyniki, w swojej koncepcji przewidział dla mnie rolę dżokera. Nie obrażam się ani na trenera, ani na Daniela Szczepana, którego jestem zmiennikiem, tylko staram się na treningach i w meczach udowadniać, że drużyna może na mnie liczyć. Każdy w zespole wie, do której bramki gramy.

– Jak udaje się panu pogodzić pracę w kopalni z grą w piłkę?

– Od dziewięciu lat jestem górnikiem, a od miesiąca ratownikiem górniczym. Codziennie zjeżdżam pod ziemię w kopalni Marcel i jak widać można to pogodzić z grą w II lidze. Czasem żartuję, że kiedy nie idę do pracy i mam tylko trening to jestem bardziej zmęczony niż po szychcie. Zdaję sobie sprawę, że w wieku 31 lat już się nie przestawię na profesjonalną piłkę. Cieszę się z tego, że nadal gram i że zdrowie dopisuje. Z wyjątkiem jednego przypadku, jeszcze z czasów gry w rezerwach Odry, gdy w meczu z Rozwojem Katowice ze złamaną szczęką, prosto z boiska na dwa tygodnie wylądowałem w szpitalu, kontuzje mnie omijają. Dlatego nie robię długoterminowych piłkarskich planów tylko z radością czekam na każdy kolejny mecz.

– Do którego meczu najchętniej wraca pan pamięcią?

– Mam na koncie jeden występ w ekstraklasie, bo 12 czerwca 2005 roku, jako niespełna 19-latek, zagrałem w moim macierzystym klubie Odrze Wodzisław przeciwko Pogoni w Szczecinie. Przegraliśmy 1:4 więc radość debiutu nie była pełna. Najbardziej cieszyłem się chyba po ostatnim meczu poprzedniego sezonu, bo wygraliśmy na wyjeździe z Miedzią II Legnica 4:0, a ja strzelając 2 gole przypieczętowałem awans i zapewniłem sobie koronę króla strzelców. Ten mecz i ta radość z upragnionego awansu po ciężkiej rundzie wiosennej na pewno na długo zostaną w mojej pamięci.

– Jaki jest pana strzelecki rekord?

– To może zabrzmi dziwnie, ale do 27. roku życia strzelałem mało goli. Od zawsze byłem pomocnikiem albo skrzydłowym, a nawet grałem na obronie. Gdy z III-ligowego Pniówka Pawłowice cztery lata temu przychodziłem do GKS-u 1962 Jastrzębie miałem w dorobku 2 gole strzelone w 23 meczach. Dopiero trener Grzegorz Łukasik wiosną 2014 roku zauważył we mnie instynkt napastnika. Przestawił mnie do ataku i trafił w dziesiątkę. Zakończyłem tamten sezon z dorobkiem 13. goli, w większości strzelonych wiosną. Awansowaliśmy do III ligi i w niej już na stałe grałem w ataku. Pierwszego hat-tricka strzeliłem w wyjazdowym meczu ze Skalnikiem Gracze, z którym wygraliśmy 4:2, a rok temu w dwóch meczach z rzędu strzelałem po 3 gole ze Śląskiem II Wrocław u nas i z Ruchem w Zdzieszowicach. To są moje rekordy, z których najbardziej dumny byłby pewnie dziadek, bo podobno słynął z bardzo mocnego uderzenia. Tata raczej nie oddziedziczył tego talentu, bo woli grać… na gitarze i będąc na emeryturze górniczej występuje w amatorskim zespole muzycznym, a ja wykorzystuję geny dziadka.

– Czy mając 31 lat w młodej drużynie GKS-u 1962 Jastrzębie czuje się pan wychowawcą?

– W Odrze Wodzisław, do której wchodziłem, grali Marcin Malinowski czy Jan Woś i to byli zawodnicy, których mogłem podziwiać, podglądać i uczyć się od nich. Gdy przyszedłem do drużyny z Jastrzębia, w której 90 procent stanowią wychowankowie tutejszego MOSiR-u, nie mogłem się niczym specjalnym pochwalić i musiałem raczej walczyć o miejsce w zespole. Musiałem też przełamać pierwszą barierę „obcego”. Wychowałem się co prawda w Skrzyszowie, czyli miejscowości leżącej między Jastrzębiem-Zdrojem i Wodzisławiem Śląskim, ale zacząłem w wodzisławskim klubie i to na początku mojej gry w jastrzębskim zespole był problem. Szybko się jednak zaaklimatyzowałem i mogę powiedzieć, że jestem już „swój”, a GKS 1962 Jastrzębie jest moim klubem numer 1, choć nadal mieszkam w Skrzyszowie, z którego na treningowe boisko mam 5 kilometrów.

– Na co stać GKS 1962 Jastrzębie w tym sezonie?

– Łatwiej odpowiedzieć na co nas było stać w poprzednich rozgrywkach. Zdobyliśmy mistrzostwo III ligi, a w Pucharze Polski graliśmy jak równy z równym z drużynami z wyższych klas. Pokonaliśmy Radomiaka, a następnie po karnych wygraliśmy z Górnikiem Łęczna i mieliśmy ogromną szansę awansować do półfinału. Szkoda mi bardzo ćwierćfinałowego meczu z Wigrami Suwałki na naszym boisku. Gdy z karnego, tuż przed przerwą, strzeliłem wyrównującego gola, a na drugą połowę wychodziliśmy z przewagą jednego zawodnika, wydawało się, że jesteśmy blisko sukcesu. To jednak przeciwnicy w dziesiątkę zdobyli zwycięską bramkę, a my mogliśmy sobie tylko pluć w brodę, że zabrakło nam skuteczności i odwagi. Dlatego teraz już nie kalkulujemy, ale nie pompujemy też balonika. Mamy chłodne głowy i nie podniecamy się tym, że od początku sezonu jesteśmy tak wysoko w tabeli. Jeżeli po 20. meczach nadal będziemy w pierwszej trójce to wtedy będziemy mogli się zacząć zastanawiać nad celem. Na razie skupiamy się jednak na każdym kolejnym meczu.

Herbert Jatta

Herbert Jatta

ur. 12 stycznia 1965. Przedsiębiorca prowadzący własną firmę budowlaną, którego pasją jest futbol. Grał w piłkę przez ponad 15 lat, począwszy od 12. roku życia, w Tęczy Wielowieś, występując na pozycji bocznego obrońcy. Z zespołem zaliczył awanse do klasy A i do...

Tomasz Kulczycki

Tomasz Kulczycki

ur. 1 czerwca 1976 w Gliwicach. Absolwent Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu (pedagogika) oraz podyplomowych studiów ze specjalizacją „menedżer sportu i turystyki”. Właściciel firmy zajmującej się rekrutacją i szkoleniem na rynku pracy. Założyciel i...

Marek Kubica

Marek Kubica

ur. 10 października 1959 w Bielsku-Białej. Inżynier-mechanik, z zamiłowaniem i pasją sportową. Głównie piłkarską – piłkarz klubu z Wilkowic od 1972 do 1993 roku, środkowy obrońca drużyny grającej w tym okresie w A-klasie i w okręgówce. Przygodę z boiskiem zakończyła...

Jacek Magiera (1977-2026)

Jacek Magiera (1977-2026)

Urodzony 1 stycznia 1977 roku w Częstochowie, zmarł 10 kwietnia 2026 we Wrocławiu. Jacek Magiera był wychowankiem Rakowa Częstochowa, w jego barwach debiutował na poziomie Ekstraklasy. W 1997 roku przeniósł się do Legii Warszawa, w której grał do 2006 roku, z...

Grzegorz Morkis

Grzegorz Morkis

ur. 25 lipca 1974 w Tychach. W latach dziecięcych i młodzieżowych – piłkarz GKS-u Tychy i Leśnika Kobiór, a także tyskich... drużyn podwórkowych. Właśnie podwórkowy rodowód miała drużyna o „egzotycznej” jak na polskie (i tyskie) warunki nazwie Rotterdam, która w 1995...

Krzysztof Olczyk

Krzysztof Olczyk

ur. 27 grudnia 1951 w Pabianicach. Przez całe życie związany z działalnością samorządową, na różnych szczeblach i w różnych instytucjach. Długoletni Naczelnik Wydziału Spraw Obywatelskich Urzędu Miasta w Lublińcu, później w tejże instytucji - Pełnomocnik do spraw...