To był wyjątkowy Dzień Górnika. „Dumni z osiągnięć, gotowi do dalszej walki o rozkwit Ojczyzny, witają górnicy swoje święto” – oznajmiała „Trybuna Robotnicza” 4 grudnia 1954, zapowiadając uroczystą akademię w Stalinogrodzie. Tego dnia – futbolowo – świętowano jednak przede przede wszystkim w Bytomiu.
Na 4 grudnia tegoż roku futbolowa centrala – PZPN-u wówczas nie było, był tylko (wzorem rozwiązań sowieckich) Głównego Komitetu Kultury Fizycznej – zaplanowała wyłonienie mistrza Polski. Tego dnia chorzowski Ruch, a właściwie Unia, bo przecież był okres, w którym drużynom (też na wzór radziecki) zmieniano nazwy – podejmował przy Cichej warszawską Gwardię (tej nazwy nie zmieniono – sama w sobie zawierała przynależność do określonego resortu…). Wygrana „Niebieskich” – a wydawała się ona oczywistością – dawała im czwarty z rzędu, a dziewiąty w ogóle, tytuł mistrza kraju. Porażka gospodarzy oznaczałaby konieczność rozegrania barażowego spotkania między mającymi ten sam dorobek punktowy zespołami bytomskiej Polonii (tymczasowo zwanej Ogniwem) i Łódzkiego Klubu Sportowego (nazywanego – a jakże – Włókniarzem). Remis w Chorzowie to trzy drużyny z równą liczbą punktów: do wspomnianego wyżej duetu doskoczyłby Ruch, a wtedy już nie byłoby mowy o barażach – decydować miał bilans bramkowy z całego sezonu.
Dyrygent Kula zamówił proporczyki
– Dawaliśmy Ruchowi 80 procent szans na ten tytuł; miał wtedy świetną pakę, kupę reprezentantów w składzie: Cieślik, Alszer – przebojowy środkowy napastnik, Suszczyk na obronie, Cebula na stoperze – opowiadał mi przed laty Kazimierz Trampisz, a jego śpiewny kresowy akcent powodował, że człowiek czuł ciarki na plecach. Bytomianie oczywiście bardzo chcieli się w ów sobotni mroźny dzień wybrać do Chorzowa, by na żywo śledzić losy wymykającego im się (być może) pierwszego miejsca w tabeli, zajmowanego od tygodnia. Ale ten przywilej dany został jedynie ich trenerowi, Ryszardowi Koncewiczowi.
Co zobaczył przy Cichej? Tłumy ciągnące na stadion przez wszystkie bramy wejściowe, zbity gąszcz – głowa przy głowie – na trybunach. Nikt nie siedzi, wszyscy stoją, czekając na popis utytułowanej i niemającej sobie równych w minionych sezonach armady Gerarda Cieślika. Za jedną z bramek – stuosobowa orkiestra huty Kościuszko, gotowa na odegranie tuszu po końcowym gwizdku. Na jej czele – dyrygent Kula, cytowany przez „Sport”: „Zwróćcie uwagę na proporczyki przy fanfarach naszych fanfarzystów. Nowe. Na uroczysty mecz – uroczyste proporczyki. Tum chcemy uczcić czwarty z kolei tytuł mistrza Polski”. Nie tylko kapelmistrz był zresztą pewny triumfu gospodarzy. GKKF z Warszawy przysłał do Chorzowa dwójkę urzędników, mających pogratulować „Niebieskim” kolejnego tytułu i wręczyć okolicznościowe „laurki”.
Gdzie byli wtedy poloniści – i dlaczego właśnie tam? Wyjaśnił mi to Trampisz.
Fot: Rozgrzewka w takich warunkach nie była dla polonistów niczym niezwykłym. Zresztą nie tylko dla nich; każda drużyna trenowała i rozgrzewała się w podobnych miejscach.
Posłańców dobrych wieści nie można udusić!
– Tego dnia, zgodnie z tradycją święta górniczego w tych latach, graliśmy mecz towarzyski z rywalem z niższej ligi. Tym razem padło na Górnika (obecnie Silesia) Miechowice. Klub w takich momentach nie miał nic do gadania, decydowała partia. Więc zamiast na Cichą, musieliśmy jechać na towarzyski mecz – opowiadał.
Na Cichej działy się zaś rzeczy niespodziewane. Falowe ataki gospodarzy nie czyniły gwardzistom szkody, bo między słupkami ich bramki fruwał Tomasz Stefaniszyn. Bezbramowy remis utrzymywał się przez niemal 70 minut, aż w końcu gol padł. Dla… Gwardii! Chorzowianom udało się odpowiedzieć 11 minut później, ale na więcej już ich stać nie było. „Ambitni gwardziści warszawscy, remisując w sobotę w Chorzowie z Unią 1:1, wywalczyli mistrzostwo dla Ogniwa Bytom, które lepszym stosunkiem bramek zdystansowało mających również po 24 pkt Włókniarza Łódź i Unię Chorzów” – donosił ze… Stalinogrodu (taką nazwę nosiły wówczas Katowice…) korespondent „Przeglądu Sportowego”.
Ani on, ani „Sport”, ani cytowana już „Trybuna Robotnicza”, odnotowując wizytę bytomian w Miechowicach, nie przekazały jednak wyniku tej towarzyskiej potyczki. A Kazimierz Trampisz, gdy wspominaliśmy tę wyprawę ponad pół wieku później, też go nie pamiętał. Pamiętał za to co innego… – Oba mecze zaczynały się o tej samej porze. Po meczu gospodarze z Miechowic zaprosili nas na obiad. I nagle wpada na salę jakiś kibic i krzyczy: „Ruch 1-1, jesteście mistrzami Polski”! – choć był już po „osiemdziesiątce”, pan Kaziu wyskoczył w tym momencie z fotela i triumfalnie uniósł ręce. – Niemal udusiliśmy go wtedy ze szczęścia za to, że przyniósł wspaniałe wieści.
Jeśli świętować, to tylko w „Ludowej”
Media sprzed 70 lat moment przekazania radosnej dla bytomian wieści umiejscowiły gdzie indziej. „Po końcowym gwizdku w Miechowicach, piłkarze Polonii z największym niepokojem kierowali się w stronę szatni. (…) Szło po prostu o wynik chorzowskiego spotkania… Gdy kończyli już toaletę, czyli – mówiąc językiem codziennym – zmieniali strój sportowy na cywilny, wpadł pędem do nich jeden z górników, głosząc wieść: – Remis w Chorzowie! Ogniwo mistrzem.
Zrazu nie każdy uwierzył jego słowom”.
Dopiero potem, gdy – według dalszej części relacji „TR” – „gracze rozsiedli się wśród górniczej braci w rozległej sali DMG w Miechowicach, stało się to pewne: Ogniwo ukończyło sezon na pierwszym miejscu”. Wygląda więc na to, że i był wspominany przez Trampisza obiad. A potem gratulacje od dyrektora miejscowej kopalni, i uroczysty tusz – od orkiestry może nieco mniejszej niż ta chorzowska, za to grającej głośno i z entuzjazmem!
Jeszcze tego samego dnia Polonia świętowała niespodziewany tytuł razem ze swoimi fanami. – Jasiu Boczaj (kierownik drużyny – dop. aut.) z prezesem zaraz tak skombinowali, że nas jeszcze wzięli do restauracji „Ludowa” na placu Kościuszki w Bytomiu, by uczcić tytuł. Trochę kibiców przyszło wtedy pod lokal, no to się z nami cieszyli – zaznaczał Trampisz.
Trzy metry szczęścia, ale bez podszewki
To był – jak określał to po latach w swych publikacjach Andrzej Gowarzewski, największy historyk polskiego futbolu – „pożegnanie lwowskich artystów”. Kresowiacy w tej ekipie Polonii jeszcze odgrywali wielką rolę, choć… już niekoniecznie wiodącą, skoro najlepszym snajperem (drużyny i całej ligi) był rodowity bytomianin, Henryk Kempny. Nagrody dla wszystkich – niezależnie od korzeni i pochodzenia – były jednak takie same… – Cztery czy pięć dni później dostaliśmy od klubu 3-metrowe kupony materiału na ubrania. To była cała nagroda za mistrzostwo. Mój ojciec żartował, że mnie by wystarczyło 2.70, bo mały byłem… – śmiał się Kazimierz Trampisz. – Ale też mówił: „Żeby ci jeszcze dali pieniądze na podszewkę, na to sztywne płótno, co w klapach, i na krawca”. Bo musiał za to wszystko sam zapłacić. Ale myśmy się cieszyli. Biednie było, trudno było cokolwiek w kraju dostać. Zdobycie takiego ubrania nie było proste…
Ciekawostką niech będzie fakt, że późniejszy czarodziej polskich boisk, Jan Liberda, właśnie w tym sezonie zadebiutował w pierwszej lidze, jeszcze przed ukończeniem 18. roku życia. Było to w przegranym 0:1 meczu z Cracovią, który… został ostatecznie unieważniony przez „sekcję piłkarską GKKF” i powtórzony, przynosząc bytomianom wygraną 1:0! To był jedyny występ Liberdy w tym sezonie, więc dokumentaliści do dziś sprzeczają się, czy należy go w gronie mistrzów Polski umieszczać. Osiem lat później już nikt nie miał wątpliwości co do ego, ale to była już inna Polonia, inna liga i zupełnie inna opowieść…
Fot: Garniturami nagrodzono mistrzów Polski z roku 1954. Z widocznych na zdjęciu piłkarzy Polonii wkład w tamten sukces mieli Jan Liberda (pierwszy z lewej) i Henryk Kempny (drugi z lewej). Edward Szymkowiak i Ryszard Grzegorczyk do bytomskiej ekipy dołączyli później.
Tekst: Dariusz Leśnikowski
Zdjęcia: archiwum Polonii Bytom
Fot. ilustracyjne: Polonia 1952; do zbiorowej fotki mistrza Polski 1954 nie dotarliśmy. Prezentujemy więc zdjęcie z listopada 1952. Personalia zawodników, których zabrakło w sezonie mistrzowskim, podajemy kursywą. Stoją od lewej: Lesław Buczma, Kazimierz Trampisz, Helmut Cichoń, Lesław Procak, Mieczysław Kruk, Henryk Kempny, Jan Kauder, Aleksander Olejniczak, Karol Lelonek, Jan Bem oraz Alfred Narloch






