Jak Polonia mistrzem została w dniu górniczego święta

4 gru 2025

To był wyjątkowy Dzień Górnika. „Dumni z osiągnięć, gotowi do dalszej walki o rozkwit Ojczyzny, witają górnicy swoje święto” – oznajmiała „Trybuna Robotnicza” 4 grudnia 1954, zapowiadając uroczystą akademię w Stalinogrodzie. Tego dnia – futbolowo – świętowano jednak przede przede wszystkim w Bytomiu.

Na 4 grudnia tegoż roku futbolowa centrala – PZPN-u wówczas nie było, był tylko (wzorem rozwiązań sowieckich) Głównego Komitetu Kultury Fizycznej – zaplanowała wyłonienie mistrza Polski. Tego dnia chorzowski Ruch, a właściwie Unia, bo przecież był okres, w którym drużynom (też na wzór radziecki) zmieniano nazwy – podejmował przy Cichej warszawską Gwardię (tej nazwy nie zmieniono – sama w sobie zawierała przynależność do określonego resortu…). Wygrana „Niebieskich” – a wydawała się ona oczywistością – dawała im czwarty z rzędu, a dziewiąty w ogóle, tytuł mistrza kraju. Porażka gospodarzy oznaczałaby konieczność rozegrania barażowego spotkania między mającymi ten sam dorobek punktowy zespołami bytomskiej Polonii (tymczasowo zwanej Ogniwem) i Łódzkiego Klubu Sportowego (nazywanego – a jakże – Włókniarzem). Remis w Chorzowie to trzy drużyny z równą liczbą punktów: do wspomnianego wyżej duetu doskoczyłby Ruch, a wtedy już nie byłoby mowy o barażach – decydować miał bilans bramkowy z całego sezonu.

Dyrygent Kula zamówił proporczyki

– Dawaliśmy Ruchowi 80 procent szans na ten tytuł; miał wtedy świetną pakę, kupę reprezentantów w składzie: Cieślik, Alszer – przebojowy środkowy napastnik, Suszczyk na obronie, Cebula na stoperze – opowiadał mi przed laty Kazimierz Trampisz, a jego śpiewny kresowy akcent powodował, że człowiek czuł ciarki na plecach. Bytomianie oczywiście bardzo chcieli się w ów sobotni mroźny dzień wybrać do Chorzowa, by na żywo śledzić losy wymykającego im się (być może) pierwszego miejsca w tabeli, zajmowanego od tygodnia. Ale ten przywilej dany został jedynie ich trenerowi, Ryszardowi Koncewiczowi.

Co zobaczył przy Cichej? Tłumy ciągnące na stadion przez wszystkie bramy wejściowe, zbity gąszcz – głowa przy głowie – na trybunach. Nikt nie siedzi, wszyscy stoją, czekając na popis utytułowanej i niemającej sobie równych w minionych sezonach armady Gerarda Cieślika. Za jedną z bramek – stuosobowa orkiestra huty Kościuszko, gotowa na odegranie tuszu po końcowym gwizdku. Na jej czele – dyrygent Kula, cytowany przez „Sport”: „Zwróćcie uwagę na proporczyki przy fanfarach naszych fanfarzystów. Nowe. Na uroczysty mecz – uroczyste proporczyki. Tum chcemy uczcić czwarty z kolei tytuł mistrza Polski”. Nie tylko kapelmistrz był zresztą pewny triumfu gospodarzy. GKKF z Warszawy przysłał do Chorzowa dwójkę urzędników, mających pogratulować „Niebieskim” kolejnego tytułu i wręczyć okolicznościowe „laurki”.

Gdzie byli wtedy poloniści – i dlaczego właśnie tam? Wyjaśnił mi to Trampisz.

Fot: Rozgrzewka w takich warunkach nie była dla polonistów niczym niezwykłym. Zresztą nie tylko dla nich; każda drużyna trenowała i rozgrzewała się w podobnych miejscach.

Posłańców dobrych wieści nie można udusić!

– Tego dnia, zgodnie z tradycją święta górniczego w tych latach, graliśmy mecz towarzyski z rywalem z niższej ligi. Tym razem padło na Górnika (obecnie Silesia) Miechowice. Klub w takich momentach nie miał nic do gadania, decydowała partia. Więc zamiast na Cichą, musieliśmy jechać na towarzyski mecz – opowiadał.

Na Cichej działy się zaś rzeczy niespodziewane. Falowe ataki gospodarzy nie czyniły gwardzistom szkody, bo między słupkami ich bramki fruwał Tomasz Stefaniszyn. Bezbramowy remis utrzymywał się przez niemal 70 minut, aż w końcu gol padł. Dla… Gwardii! Chorzowianom udało się odpowiedzieć 11 minut później, ale na więcej już ich stać nie było. „Ambitni gwardziści warszawscy, remisując w sobotę w Chorzowie z Unią 1:1, wywalczyli mistrzostwo dla Ogniwa Bytom, które lepszym stosunkiem bramek zdystansowało mających również po 24 pkt Włókniarza Łódź i Unię Chorzów” – donosił ze… Stalinogrodu (taką nazwę nosiły wówczas Katowice…) korespondent „Przeglądu Sportowego”.

Ani on, ani „Sport”, ani cytowana już „Trybuna Robotnicza”, odnotowując wizytę bytomian w Miechowicach, nie przekazały jednak wyniku tej towarzyskiej potyczki. A Kazimierz Trampisz, gdy wspominaliśmy tę wyprawę ponad pół wieku później, też go nie pamiętał. Pamiętał za to co innego… – Oba mecze zaczynały się o tej samej porze. Po meczu gospodarze z Miechowic zaprosili nas na obiad. I nagle wpada na salę jakiś kibic i krzyczy: „Ruch 1-1, jesteście mistrzami Polski”! – choć był już po „osiemdziesiątce”, pan Kaziu wyskoczył w tym momencie z fotela i triumfalnie uniósł ręce. – Niemal udusiliśmy go wtedy ze szczęścia za to, że przyniósł wspaniałe wieści.

Jeśli świętować, to tylko w „Ludowej”

Media sprzed 70 lat moment przekazania radosnej dla bytomian wieści umiejscowiły gdzie indziej. „Po końcowym gwizdku w Miechowicach, piłkarze Polonii z największym niepokojem kierowali się w stronę szatni. (…) Szło po prostu o wynik chorzowskiego spotkania… Gdy kończyli już toaletę, czyli – mówiąc językiem codziennym – zmieniali strój sportowy na cywilny, wpadł pędem do nich jeden z górników, głosząc wieść: – Remis w Chorzowie! Ogniwo mistrzem.

Zrazu nie każdy uwierzył jego słowom”.

Dopiero potem, gdy – według dalszej części relacji „TR” – „gracze rozsiedli się wśród górniczej braci w rozległej sali DMG w Miechowicach, stało się to pewne: Ogniwo ukończyło sezon na pierwszym miejscu”. Wygląda więc na to, że i był wspominany przez Trampisza obiad. A potem gratulacje od dyrektora miejscowej kopalni, i uroczysty tusz – od orkiestry może nieco mniejszej niż ta chorzowska, za to grającej głośno i z entuzjazmem!

Jeszcze tego samego dnia Polonia świętowała niespodziewany tytuł razem ze swoimi fanami. – Jasiu Boczaj (kierownik drużyny – dop. aut.) z prezesem zaraz tak skombinowali, że nas jeszcze wzięli do restauracji „Ludowa” na placu Kościuszki w Bytomiu, by uczcić tytuł. Trochę kibiców przyszło wtedy pod lokal, no to się z nami cieszyli – zaznaczał Trampisz.

Trzy metry szczęścia, ale bez podszewki

To był – jak określał to po latach w swych publikacjach Andrzej Gowarzewski, największy historyk polskiego futbolu – „pożegnanie lwowskich artystów”. Kresowiacy w tej ekipie Polonii jeszcze odgrywali wielką rolę, choć… już niekoniecznie wiodącą, skoro najlepszym snajperem (drużyny i całej ligi) był rodowity bytomianin, Henryk Kempny. Nagrody dla wszystkich – niezależnie od korzeni i pochodzenia – były jednak takie same… – Cztery czy pięć dni później dostaliśmy od klubu 3-metrowe kupony materiału na ubrania. To była cała nagroda za mistrzostwo. Mój ojciec żartował, że mnie by wystarczyło 2.70, bo mały byłem… – śmiał się Kazimierz Trampisz. – Ale też mówił: „Żeby ci jeszcze dali pieniądze na podszewkę, na to sztywne płótno, co w klapach, i na krawca”. Bo musiał za to wszystko sam zapłacić. Ale myśmy się cieszyli. Biednie było, trudno było cokolwiek w kraju dostać. Zdobycie takiego ubrania nie było proste…

Ciekawostką niech będzie fakt, że późniejszy czarodziej polskich boisk, Jan Liberda, właśnie w tym sezonie zadebiutował w pierwszej lidze, jeszcze przed ukończeniem 18. roku życia. Było to w przegranym 0:1 meczu z Cracovią, który… został ostatecznie unieważniony przez „sekcję piłkarską GKKF” i powtórzony, przynosząc bytomianom wygraną 1:0! To był jedyny występ Liberdy w tym sezonie, więc dokumentaliści do dziś sprzeczają się, czy należy go w gronie mistrzów Polski umieszczać. Osiem lat później już nikt nie miał wątpliwości co do ego, ale to była już inna Polonia, inna liga i zupełnie inna opowieść…

Fot: Garniturami nagrodzono mistrzów Polski z roku 1954. Z widocznych na zdjęciu piłkarzy Polonii wkład w tamten sukces mieli Jan Liberda (pierwszy z lewej) i Henryk Kempny (drugi z lewej). Edward Szymkowiak i Ryszard Grzegorczyk do bytomskiej ekipy dołączyli później.

 

Tekst: Dariusz Leśnikowski

Zdjęcia: archiwum Polonii Bytom

Fot. ilustracyjne: Polonia 1952; do zbiorowej fotki mistrza Polski 1954 nie dotarliśmy. Prezentujemy więc zdjęcie z listopada 1952. Personalia zawodników, których zabrakło w sezonie mistrzowskim, podajemy kursywą. Stoją od lewej: Lesław Buczma, Kazimierz Trampisz, Helmut Cichoń, Lesław Procak, Mieczysław Kruk, Henryk Kempny, Jan Kauder, Aleksander Olejniczak, Karol Lelonek, Jan Bem oraz Alfred Narloch

Miłe spotkania na Ziemi Raciborskiej

Miłe spotkania na Ziemi Raciborskiej

Prezes Śląskiego Związku Piłki Nożnej Henryk Kula, w towarzystwie Prezesa Podokręgu Racibórz Śl.ZPN Andrzeja Starzyńskiego i Członkini Zarządu Małgorzaty Sędzimir-Pszowskiej, spotkał się dziś ze Starostą raciborskim - Grzegorzem Swobodą oraz odwiedził Zespół Szkół...

Nina Patalon: Chcemy jak najlepiej funkcjonować na boisku

Nina Patalon: Chcemy jak najlepiej funkcjonować na boisku

Po historycznym awansie na mistrzostwa Europy reprezentacja Polski kobiet obiera kolejny cel – awans na Mistrzostwa Świata FIFA 2027 w Brazylii. Pierwszy krok na tej drodze wykonają już 3 marca o godzinie 18:00 na Polsat Plus Arena Gdańsk, gdzie zmierzą się z...

Stadionowy rozkład jazdy

Stadionowy rozkład jazdy

Weekend zbliża się wielkimi krokami, zatem wracamy z naszym stadionowym rozkładem jazdy. Zapraszamy do kibicowania i życzymy wielu pozytywnych sportowych emocji!   13 lutego 2026 PKO Bank Polski Ekstraklasa 20:30 GKS Katowice - Legia Warszawa   14 lutego...

Informacja o rozliczeniach sędziowskich w Śląskim ZPN

Informacja o rozliczeniach sędziowskich w Śląskim ZPN

Wszystkie Kluby zainteresowane dalszym rozliczaniem delegacji sędziowskich przez Śląski Związek Piłki Nożnej w rundzie wiosennej sezonu 2025/2026 prosimy o wypełnienie i przesłanie wykazu liczby meczów domowych. Począwszy od roku 2026 rozliczanie obsługi sędziowskiej...