Koszulka od Garrinchy, widelec dla Jaszyna, czyli migawki z życia mistrza olimpijskiego. 80. urodziny Zygmunta Anczoka

14 mar 2026

Na postoju taksówek pod dworcem w Lublińcu zamieszanie. W rzędzie aut z napisem „Taxi” Mercedes wcale nie jest pierwszy. Ale to do niego pasażerowie pchają się w pierwszej kolejności. Inni kierowcy patrzą trochę z zazdrością, bardziej ze złością: jak to tak, podbierać klientów poza kolejnością? Ale szofer Mercedesa, ma coś, czego nie mają oni: pakiet pięknych przeżyć z najlepszych lat polskiej piłki.

Szofer nazywa się Zygmunt Anczok, z tegoż Lublińca pochodzi, i o tych pięknych czasach lubi – i potrafi – zajmująco opowiadać. Ot, choćby o swoich autach. Dzięki Mercedesowi ich historia zatoczyła koło. Bo kiedy w 1971 roku zmieniał bytomską Polonię (która zrobiła z niego reprezentanta i ligowca pełną gębą) na zabrzańskiego Górnika (który zrobił z niego mistrza Polski, zdobywcę krajowego pucharu oraz – pośrednio – mistrza olimpijskiego), transakcję przyklepano talonem na Wartburga. Produkcji Niemieckiej Republiki Demokratycznej (był taki kraj…) – przypomnijmy. Potem był „maluch”, czyli Fiat 126 p, w 3/4 kupiony z nagrody za złoto igrzysk, w 1/4 – za dodatkową premię, dołożoną graczom śląskich klubów przez legendarnego wojewodę z Katowic, Jerzego Ziętka. Po drodze – podczas paroletniej gry w końcówce lat 70. w Norwegii – jeździł Toyotą. Po powrocie – przez chwilę Dacią, czyli produktem rumuńskiej myśli technicznej. Rozsypywać się zaczęła po bardzo krótkim okresie użytkowania. No i w końcu pojawił się Mercedes, z charakterystycznym „celownikiem” na masce: wytwór rodem z Republiki Federalnej Niemiec (był taki kraj…). To za kierownicą „merca” przeżył pan Zygmunt najbardziej traumatyczne chwile: kiedy za kurs z rodzinnej miejscowości do Częstochowy poprosił młodego pasażera o zaliczkę (tak to funkcjonowało w PRL-u…), ten w odpowiedzi zamiast portfela wyciągnął z kieszeni… granat i kazał się wieźć do grodu pod Jasną Górą! „Już na miejscu chcieliśmy go z kolegą po fachu rozbroić, ale nam uciekł. Później jednak złapała go milicja” – opowiadał przed laty. Ten „merc”, przywieziony zza zachodniej granicy… w kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego (!), służył mu potem przez długie lata. Również do wożenia towaru do małego sklepiku w Lublińcu, który przez kilka lat prowadził z małżonką na przełomie epok, czyli w końcu lat 80. i na początku 90.

Strużka dymu z gniazdka i skrobane biodro

Traum – tym razem już przy okazji sportowego życia – było więcej. Ot choćby wrześniowy poranek w Monachium. „Z odległości kilkudziesięciu metrów oglądaliśmy w wiosce olimpijskiej zamaskowanych terrorystów na balkonach pokoi zajmowanych przez sportowców z Izraela” – wspominał. Albo… pożar ośrodka rehabilitacyjnego w Lądku Zdroju, w którym akurat przebywał „na leczeniu” z Włodzimierzem Lubańskim. Swąd spalenizny z pokoju za ścianą i strużka dymu z umieszczonego na niej gniazdka elektrycznego skłoniły naszego bohatera do podniesienia alarmu, dzięki któremu udało się uratować budynek i nikt nie został poszkodowany.

Aha, no i jeszcze kontuzja, przez którą de facto zakończył wspaniałą karierę w wieku 27 lat. Złamana kość śródstopia nijak goić się nie chciała, choć szczelinę w niej powstałą leczono nawet przeszczepami zeskrobanych skrawków kości biodrowej… Na szczęście to wszystko miało miejsce już po igrzyskach, więc jest dziś w domowym sejfie medal, a w portfelu – olimpijska emerytura. Na nieszczęście to wszystko miało miejsce przed mundialem 1974. Gdyby był zdrów, pojechałby do RFN (był taki kraj…) i wraz z innymi „orłami Górskiego” przywiózł też krążek z mistrzostw świata. Cienka granica dzieli szczęście od nieszczęścia. I cienka dzieli zdrowie od jego braku: to biodro, które skrobano, by załatać dziurę w stopie, w 2000 roku musiało zostać poddane zamianie na endoprotezę…

Fot. Polonia Bytom / Zygmunt Anczok i jego bytomscy koledzy zadali szyku w kowbojskich kapeluszach po triumfalnym powrocie zza oceanu!

Kieszenie pełne „zielonych”

Że dużo na razie pesymizmu w tej opowieści? No to pamiętajmy, że w 1963 roku w szeregach bytomskiej Polonii sięgnął po mistrzostwo kraju juniorów. Że zaraz potem wskoczył do seniorskiego składu Polonii, i jako nastolatek poleciał z niebiesko-czerwonymi za ocean, na parotygodniowe zmagania w Interlidze. Tę Interligę bytomianie wygrali, a potem – siłą rozpędu – sięgnęli i po Puchar Ameryki, bijąc broniącą go Duklę Praga. Ten sukces miał konkretny wymiar finansowy: nie chodziło wcale o dwa dolary codziennej diety (bo 1,5 dolara kosztował kurczak z ryżem, którego przez cały czas pobytu w Nowym Jorku Bytomianie zamawiali na obiad – na nic innego ich stać nie było…), ani o oficjalną nagrodę za triumf w wysokości 10 dolarów „na łebka”. Prawdziwą wartość miały spotkania z amerykańskimi Polonusami. „Dla 19-latka z Lublińca wszystko w Ameryce było pierwsze, największe, kosmiczne. Bankiet gonił bankiet, a w ich trakcie napychano nam kieszenie banknotami” – opowiadał po latach. Były więc pieniążki na to, by – w porywie rozrzutności – cała drużyna zaopatrzyła się przed powrotem do kraju w kowbojskie kapelusze z wielkimi rondami. To nimi poloniści na placu Erensta Thaelmanna (dziś Sobieskiego) w centralnym miejscu Bytomia zadali szyku, gdy przyszło ich witać 100 tysięcy kibiców. To była połowa ówczesnych mieszkańców tego zdegradowanego dziś miasta…

Słowa zaczynające się na ch…

Bytom kochał swych piłkarzy, w tym i skromnego chłopaka rodem ze wspomnianego na wstępie Lublińca. I Bytom nie mógł mu wybaczyć, że za talon na Wartburga zdecydował się zmienić Polonię na Górnika. „A ja wiedziałem, że jeśli mam się rozwinąć, to muszę odejść z Polonii” – tłumaczył po latach. I odszedł, ale w Bytomiu wciąż mieszkał. „Kibice wiedzieli, gdzie. Więc przez ładnych kilka miesięcy codziennie o piątej rano podjeżdżało pod mój blok auto, i wołano na mnie: „Anczok, ty….” Mozna sobie dopisać dwa-trzy mało eleganckie słowa, w tym jedno zaczynające się na ch…” – wspominał w wywiadzie dla „Sportu”.

Fot. Górnik Zabrze / Zygmunt Anczok (pierwszy z lewej) do startu (nie tylko za piłką) zawsze gotowy. Obok niego inni Zabrzanie: Andrzej Szarmach i Jerzy Gorgoń.

Licznik emocji ze skrajnościami

I tak mieszała się w życiu pana Zygmunta radość i trauma; sukces i ból, zwycięstwa i porażki. Czasami trudno wyważyć, wypośrodkować ten licznik emocji. No bo na przykład z jednej strony jest boiskowa przegrana – z Brazylią w 1966. Ale z drugiej – ilu naszych miało okazję zagrać na Maracanie, i to przeciwko boskiemu Pele??? I jeszcze przywieźć do domu koszulkę samego Garrinchy, którego przyszło mu kryć przez 90 minut? „Anczok męczył się z Garrinchą,

Ale Garrincha  z Anczokiem też, choć może ciut mniej” – opowiadał mi po latach Stanisława Oślizło, kolejny z uczestników tegoż spotkania.

Albo kolejny mecz z ambiwalentnymi uczuciami. No bo zaszczyt, gdy sam Helmut Schoen powołuje cię do „reprezentacji świata”, która zagrać ma w Moskwie w pożegnalnym meczu Lwa Jaszyna. Ale to też wstyd, gdy w kolejce z prezentami do genialnego bramkarza przed tobą stoi Węgier z bursztynową wersją parlamentu budapesztańskiego, za tobą – twój idol Giacinto Facchetti z drogim sygnetem, a ty masz w ręku zapakowaną w szary papier walizeczkę z kompletem sztućców, wręczoną ci przez działaczy PZPN… Na koniec jednak znów jest emocjolna frajda: bo to właśnie tobie udało się – równo z sędziowskim gwizdkiem kończącym mecz – być na tyle blisko piłki, którą grano, by zabrać ją do kraju na pamiątkę, wcześniej zebrawszy na niej podpisy wszystkich uczestników. Radość i trauma; sukces i ból, zwycięstwa i porażki….

14 marca Zygmunt Anczok – mistrz olimpijski z Monachium i dla wielu kibiców najlepszy lewy obrońca w dziejach polskiej piłki – kończy 80 lat. Posiłkujemy się jego – zasłyszanymi na własne uszy – opowieściami sprzed lat, bo z upływem czasu zacierają się wspomnienia, pamięć płata figle. Tym bardziej dziś życzymy Szanownemu Jubilatowi zdrowia!

 

Tekst: Dariusz Leśnikowski

Zdjęcia: archiwum prywatne/archiwum Śląskiego ZPN

Fot. ilustracyjne: Niespełna 50 meczów w reprezentacji zagrał Zygmunt Anczok. Ale i tak wielu widzi w nim najlepszego lewego obrońcę w historii Biało-czerwonych.

Adam Kryger – mężczyzna pracujący, żadnej pracy się nie boi!

Adam Kryger – mężczyzna pracujący, żadnej pracy się nie boi!

To trochę zaskakujący obrazek: widzieć go przy komputerze, odpowiadającego na biznesowe maile, albo prowadzącego telefoniczne negocjacje z kontrahentami. Od niemal 50 lat Adam Kryger kojarzy się przecież kibicom – i sportowym mediom – wyłącznie z piłką, boiskiem,...

Trwa nabór do turniejów wojewódzkich E1 – sezon 2026/2027

Trwa nabór do turniejów wojewódzkich E1 – sezon 2026/2027

Informujemy, że do dnia 15 lipca 2026 r. do godziny 15:00 trwają zapisy do turniejów wojewódzkich w kategorii E1 (rocznik 2016). Na podstawie rozegranych turniejów i rankingu końcowego od sezonu 2027/2028 zostanie utworzona Liga Wojewódzka D2, funkcjonująca bez...

Zmarł Bogusław Łabiński

Zmarł Bogusław Łabiński

Dotarła do nas smutna informacja. Na trzy miesiące przed 70. urodzinami zmarł Bogusław Łabiński, który był wieloletnim działaczem Podokręgu Katowice. W 2000 r. został odznaczony Złotą Odznaką Śląskiego ZPN, a w 2007 r. także złotą odznaką PZPN. Szczegóły dotyczące...