Na postoju taksówek pod dworcem w Lublińcu zamieszanie. W rzędzie aut z napisem „Taxi” Mercedes wcale nie jest pierwszy. Ale to do niego pasażerowie pchają się w pierwszej kolejności. Inni kierowcy patrzą trochę z zazdrością, bardziej ze złością: jak to tak, podbierać klientów poza kolejnością? Ale szofer Mercedesa, ma coś, czego nie mają oni: pakiet pięknych przeżyć z najlepszych lat polskiej piłki.
Szofer nazywa się Zygmunt Anczok, z tegoż Lublińca pochodzi, i o tych pięknych czasach lubi – i potrafi – zajmująco opowiadać. Ot, choćby o swoich autach. Dzięki Mercedesowi ich historia zatoczyła koło. Bo kiedy w 1971 roku zmieniał bytomską Polonię (która zrobiła z niego reprezentanta i ligowca pełną gębą) na zabrzańskiego Górnika (który zrobił z niego mistrza Polski, zdobywcę krajowego pucharu oraz – pośrednio – mistrza olimpijskiego), transakcję przyklepano talonem na Wartburga. Produkcji Niemieckiej Republiki Demokratycznej (był taki kraj…) – przypomnijmy. Potem był „maluch”, czyli Fiat 126 p, w 3/4 kupiony z nagrody za złoto igrzysk, w 1/4 – za dodatkową premię, dołożoną graczom śląskich klubów przez legendarnego wojewodę z Katowic, Jerzego Ziętka. Po drodze – podczas paroletniej gry w końcówce lat 70. w Norwegii – jeździł Toyotą. Po powrocie – przez chwilę Dacią, czyli produktem rumuńskiej myśli technicznej. Rozsypywać się zaczęła po bardzo krótkim okresie użytkowania. No i w końcu pojawił się Mercedes, z charakterystycznym „celownikiem” na masce: wytwór rodem z Republiki Federalnej Niemiec (był taki kraj…). To za kierownicą „merca” przeżył pan Zygmunt najbardziej traumatyczne chwile: kiedy za kurs z rodzinnej miejscowości do Częstochowy poprosił młodego pasażera o zaliczkę (tak to funkcjonowało w PRL-u…), ten w odpowiedzi zamiast portfela wyciągnął z kieszeni… granat i kazał się wieźć do grodu pod Jasną Górą! „Już na miejscu chcieliśmy go z kolegą po fachu rozbroić, ale nam uciekł. Później jednak złapała go milicja” – opowiadał przed laty. Ten „merc”, przywieziony zza zachodniej granicy… w kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego (!), służył mu potem przez długie lata. Również do wożenia towaru do małego sklepiku w Lublińcu, który przez kilka lat prowadził z małżonką na przełomie epok, czyli w końcu lat 80. i na początku 90.
Strużka dymu z gniazdka i skrobane biodro
Traum – tym razem już przy okazji sportowego życia – było więcej. Ot choćby wrześniowy poranek w Monachium. „Z odległości kilkudziesięciu metrów oglądaliśmy w wiosce olimpijskiej zamaskowanych terrorystów na balkonach pokoi zajmowanych przez sportowców z Izraela” – wspominał. Albo… pożar ośrodka rehabilitacyjnego w Lądku Zdroju, w którym akurat przebywał „na leczeniu” z Włodzimierzem Lubańskim. Swąd spalenizny z pokoju za ścianą i strużka dymu z umieszczonego na niej gniazdka elektrycznego skłoniły naszego bohatera do podniesienia alarmu, dzięki któremu udało się uratować budynek i nikt nie został poszkodowany.
Aha, no i jeszcze kontuzja, przez którą de facto zakończył wspaniałą karierę w wieku 27 lat. Złamana kość śródstopia nijak goić się nie chciała, choć szczelinę w niej powstałą leczono nawet przeszczepami zeskrobanych skrawków kości biodrowej… Na szczęście to wszystko miało miejsce już po igrzyskach, więc jest dziś w domowym sejfie medal, a w portfelu – olimpijska emerytura. Na nieszczęście to wszystko miało miejsce przed mundialem 1974. Gdyby był zdrów, pojechałby do RFN (był taki kraj…) i wraz z innymi „orłami Górskiego” przywiózł też krążek z mistrzostw świata. Cienka granica dzieli szczęście od nieszczęścia. I cienka dzieli zdrowie od jego braku: to biodro, które skrobano, by załatać dziurę w stopie, w 2000 roku musiało zostać poddane zamianie na endoprotezę…

Fot. Polonia Bytom / Zygmunt Anczok i jego bytomscy koledzy zadali szyku w kowbojskich kapeluszach po triumfalnym powrocie zza oceanu!
Kieszenie pełne „zielonych”
Że dużo na razie pesymizmu w tej opowieści? No to pamiętajmy, że w 1963 roku w szeregach bytomskiej Polonii sięgnął po mistrzostwo kraju juniorów. Że zaraz potem wskoczył do seniorskiego składu Polonii, i jako nastolatek poleciał z niebiesko-czerwonymi za ocean, na parotygodniowe zmagania w Interlidze. Tę Interligę bytomianie wygrali, a potem – siłą rozpędu – sięgnęli i po Puchar Ameryki, bijąc broniącą go Duklę Praga. Ten sukces miał konkretny wymiar finansowy: nie chodziło wcale o dwa dolary codziennej diety (bo 1,5 dolara kosztował kurczak z ryżem, którego przez cały czas pobytu w Nowym Jorku Bytomianie zamawiali na obiad – na nic innego ich stać nie było…), ani o oficjalną nagrodę za triumf w wysokości 10 dolarów „na łebka”. Prawdziwą wartość miały spotkania z amerykańskimi Polonusami. „Dla 19-latka z Lublińca wszystko w Ameryce było pierwsze, największe, kosmiczne. Bankiet gonił bankiet, a w ich trakcie napychano nam kieszenie banknotami” – opowiadał po latach. Były więc pieniążki na to, by – w porywie rozrzutności – cała drużyna zaopatrzyła się przed powrotem do kraju w kowbojskie kapelusze z wielkimi rondami. To nimi poloniści na placu Erensta Thaelmanna (dziś Sobieskiego) w centralnym miejscu Bytomia zadali szyku, gdy przyszło ich witać 100 tysięcy kibiców. To była połowa ówczesnych mieszkańców tego zdegradowanego dziś miasta…
Słowa zaczynające się na ch…
Bytom kochał swych piłkarzy, w tym i skromnego chłopaka rodem ze wspomnianego na wstępie Lublińca. I Bytom nie mógł mu wybaczyć, że za talon na Wartburga zdecydował się zmienić Polonię na Górnika. „A ja wiedziałem, że jeśli mam się rozwinąć, to muszę odejść z Polonii” – tłumaczył po latach. I odszedł, ale w Bytomiu wciąż mieszkał. „Kibice wiedzieli, gdzie. Więc przez ładnych kilka miesięcy codziennie o piątej rano podjeżdżało pod mój blok auto, i wołano na mnie: „Anczok, ty….” Mozna sobie dopisać dwa-trzy mało eleganckie słowa, w tym jedno zaczynające się na ch…” – wspominał w wywiadzie dla „Sportu”.

Fot. Górnik Zabrze / Zygmunt Anczok (pierwszy z lewej) do startu (nie tylko za piłką) zawsze gotowy. Obok niego inni Zabrzanie: Andrzej Szarmach i Jerzy Gorgoń.
Licznik emocji ze skrajnościami
I tak mieszała się w życiu pana Zygmunta radość i trauma; sukces i ból, zwycięstwa i porażki. Czasami trudno wyważyć, wypośrodkować ten licznik emocji. No bo na przykład z jednej strony jest boiskowa przegrana – z Brazylią w 1966. Ale z drugiej – ilu naszych miało okazję zagrać na Maracanie, i to przeciwko boskiemu Pele??? I jeszcze przywieźć do domu koszulkę samego Garrinchy, którego przyszło mu kryć przez 90 minut? „Anczok męczył się z Garrinchą,
Ale Garrincha z Anczokiem też, choć może ciut mniej” – opowiadał mi po latach Stanisława Oślizło, kolejny z uczestników tegoż spotkania.
Albo kolejny mecz z ambiwalentnymi uczuciami. No bo zaszczyt, gdy sam Helmut Schoen powołuje cię do „reprezentacji świata”, która zagrać ma w Moskwie w pożegnalnym meczu Lwa Jaszyna. Ale to też wstyd, gdy w kolejce z prezentami do genialnego bramkarza przed tobą stoi Węgier z bursztynową wersją parlamentu budapesztańskiego, za tobą – twój idol Giacinto Facchetti z drogim sygnetem, a ty masz w ręku zapakowaną w szary papier walizeczkę z kompletem sztućców, wręczoną ci przez działaczy PZPN… Na koniec jednak znów jest emocjolna frajda: bo to właśnie tobie udało się – równo z sędziowskim gwizdkiem kończącym mecz – być na tyle blisko piłki, którą grano, by zabrać ją do kraju na pamiątkę, wcześniej zebrawszy na niej podpisy wszystkich uczestników. Radość i trauma; sukces i ból, zwycięstwa i porażki….
14 marca Zygmunt Anczok – mistrz olimpijski z Monachium i dla wielu kibiców najlepszy lewy obrońca w dziejach polskiej piłki – kończy 80 lat. Posiłkujemy się jego – zasłyszanymi na własne uszy – opowieściami sprzed lat, bo z upływem czasu zacierają się wspomnienia, pamięć płata figle. Tym bardziej dziś życzymy Szanownemu Jubilatowi zdrowia!
Tekst: Dariusz Leśnikowski
Zdjęcia: archiwum prywatne/archiwum Śląskiego ZPN
Fot. ilustracyjne: Niespełna 50 meczów w reprezentacji zagrał Zygmunt Anczok. Ale i tak wielu widzi w nim najlepszego lewego obrońcę w historii Biało-czerwonych.






