W cieniu szybu „Krystyna”… czyli o Szombierkach Bytom.

21 kwi 2026

46 lat temu Hubert Kostka i jego ferajna zmierzali po absolutnie sensacyjny tytuł mistrzów Polski. Dziś w Szombierkach po cichu myślą o powrocie na szczebel centralny. 

„Zieloni”, „Zieloni”! – zachrypnięty głos „Sztajgra”, jak zawsze, spływał z wysokich trybun stadionu przy Modrzewskiego, w kierunku murawy. Do samych piłkarzy, hasających po niej, docierał tylko chwilami – przecież widownię od linii bocznej boiska dzieliło (właściwie dzieli do dziś…) ładnych kilka metrów. Nie bez przyczyny – od lat wokół płyty głównej parę razy w roku ścigają się… „czworonogie błyskawice”; to jedyny w Polsce certyfikowany tor służący do wyścigów chartów! Ten okrzyk słyszał też – i pewnie pamięta do dziś – m.in. obecny Wiceprezes Śląskiego ZPN, Jarosław Bryś. Nieco ponad trzy dekady wstecz – z rozwianą fryzurą, bo jego długie włosy rzucały się widzom w oczy – hasał po szombierskiej murawie na drugoligowym szczeblu.

„Jedni z ostatnich tej na wyginięciu rasy” – głosi szombierska sektorówka. „Zieloni”, „Zieloni”! – wciąż płynie z trybun przy Modrzewskiego.

„Zieloni”, „Zieloni”! – „Sztajger” miał bujną siwą brodę i okrzyk – pełen emocji – z charakterystyczną, niepowtarzalną barwą. Czasem pobrzmiewała w nim żałość, gdy ukochani „Zieloni” akurat dostawali na boisku wciry; były jednak mecze, w których donośne „Zieloni” przepełnione było euforią. Od połowy lat 80. tych momentów z sezonu na sezon było coraz mniej. Coraz mniejsza była też publika, która gromadziła się na gigantycznym – jak na klubowe potrzeby – stadionie, powstałym w końcówce lat 60., w odpowiedzi na pękające w szwach trybuny starego „hasioka” w cieniu charakterystycznego szybu „Krystyna”, wtedy opatrzonego napisem KWK Szombierki.

Sadza się maże na oku

Tuż za opłotkami tegoż „hasioka”, kilkanaście metrów niżej, biegły tory kolejowe. W tamtych czasach pociągi – z parowozami na przodzie – kilka razy dziennie ruszały z kopalnianej bocznicy, ciągnąć długie składy wagonów wypełnionych węglem. Kiedy palacz podsypał węglem palenisko w lokomotywie, z jej komina buchały kłęby czarnego dymu, a tłusta sadza (jak w piosence kabaretu „Rak”) opadała na głowy i twarze kibiców, szczelnie wypełniających „hasiokowe” trybuny. Głowa przy głowie, ramię przy ramieniu; ci, którzy siedzieli w pierwszym rzędzie drewnianych ławek – a na niektórych meczach zwyczajnie na ziemi, jeszcze przed owym rzędem – wyciągając rękę bez problemu złapać mogli przebiegających wzdłuż linii bocznej piłkarzy za spodenki. A kiedy na „hasiok” przyjeżdżała Legia albo Górnik, okoliczne drzewa obwieszone były tymi nieszczęśnikami, dla których brakło wejściówek (albo im brakło „klepoków” na bilet). Kiedy się siedziało na gałęzi, trzeba było pamiętać, że oklaskiwanie akcji „Zielonych” jest niespecjalnie wskazane: jedna ręką zawsze powinna mieć przecież kontakt z konarem.

Jan, młodszy z braci Wilimów, w ligowym starciu z Januszem Żmijewskim z Legii.

Twarda głowa Jacka Gmocha

Tylko jak tu nie klaskać, kiedy drużyna bracików Wilimów – Hansa i Jorga (czyli Jana i Jerzego), drużyna bramkarza Marka Ochmana i twardego jak skała obrońcy Eugeniusza Działacha, drużyna skrzydłowego Helmuta Nowaka, który w reprezentacji… Warszawy zagrał przeciwko Barcelonie na otwarcie Nou Camp; kiedy ta drużyna wygrywa z Legią 5:4, przegrywając jeszcze w 85. minucie 2:4? To właśnie wtedy Jacek Gmoch – ani ułomek, ani beksa – po końcowym gwizdku arbitra metodycznie przez kilka chwil wali głową w murowaną ścianę ciasnej szatni na „hasioku”….

„Zieloni”, „Zieloni!” – jeżeli nawet „Sztajger” w tamtych czasach chodził już na mecze Szombierek, pewnie nie przedarłby się ze swym okrzykiem przez owacje tłumu. W owych latach 60. Bytomianie – dotąd w cieniu Polonii, lokalnego rywala z kresowym rodowodem – wspięli się niemal na sam szczyt krajowego futbolu, sięgając w 1965 roku po wicemistrzostwo. Swoją drogą Bytomianie miewali patent na Legionistów: w latach 70. zdarzały im się wygrane 6:0 i 5:0 ze stołecznym zespołem!

Gol Janusza Sroki (pierwszy z prawej) w meczu z Legią, wygranym 5:0, w grudniu 1979, czyli w mistrzowskim sezonie „Zielonych”. Z kapitańską opaską – Eugeniusz Nagiel.

To była druga wielka drużyna Szombierek w historii tego dzielnicowego klubu, rozpoczętej w 1919 powołaniem do życia TS Poniatowski, do tradycji którego powojenni „Zieloni” chętnie nawiązują. Pierwsza wielka ekipa to przełom lat 40. i 50., oparta o Huberta Banisza, Jerzego Krasówkę oraz Pawła Sobka. Dziś trudno w to uwierzyć, ale cały ten tercet zabrany został na igrzyska olimpijskie w Helsinkach w 1952 roku, choć Szombierki były wówczas klubem ledwie drugoligowym! Nigdy wcześniej ani później żaden polski drugoligowiec nie dał do kadry narodowej aż trzech zawodników. A tym bardziej – na imprezę tak wielkiej rangi!

Chruszczowa nie chciał nikt!

„Zieloni”, „Zieloni”! – w latach 80. głos „Sztajgra” na obiekcie przy Modrzewskiego przebija się bez trudu. Trybuny mogłyby pomieścić i 25 tysięcy widzów, ale rzadko kiedy bywają wypełnione choćby w 20 procentach. Na mecz wieńczący sezon 1979/80 – sezon niezwykły, bo mistrzowski dla bytomskiego zespołu – przyszło ledwie cztery tysiące fanów! Trochę poklaskali, trochę pocieszyli się wespół z legendarnym trenerem Hubertem Kostką, z niezastąpionym (pięć pełnych sezonów ligowych bez opuszczenia choćby minuty!) między słupkami Wiesławem Surlitem, z rosłym liderem obrony Andrzejem „Dlugim” Mierzwiakiem, z niedocenianym szefem mentalnym i liderem Eugeniuszem Nagielem, wreszcie ze srebrnym medalistą z igrzysk montrealskich, napastnikiem Romanem Ogazą. Cała radość zamknęła się jednak w obrębie stadionu; no, może parohektarowego parku, w którym był położony. Nikomu do głowy nie przyszło, by z tą radością wychodzić poza opłotki dzielnicy, której formalnie… nawet nazwę zabrano: przez lata PRL-u administracyjnie nazywano ją „Chruszczów”. Na szczęście wśród mieszkańców miano owo się nie przyjęło: ich żywicielką była przecież kopalnia Szombierki, i Szombierkom chodzili kibicować w co drugą niedzielę.

Tysiąc odbić. A czasem i dwa tysiące!

O ekipie Huberta Kostki, zbudowanej z graczy pewnie niekoniecznie superzdolnych (z jednym wyjątkiem – wspomnianego Ogazy, który talent, jak w przypadku wielu graczy tamtych dekad – nie został w pełni wykorzystany), dziś mówi się wręcz z pogardą w głosie: „najsłabszy mistrz Polski”. Zawistników nie brak, jak widać. Bytomianie sięgnęli po złoto, bo włożyli w nie wówczas trud niewyobrażalny wówczas dla rywali. Legendarny bramkarz Górnika, wspierany w swej trenerskiej pracy przez zawsze skromnego eksobrońcę Szombierek, Stanisława Cygana, oraz rozpoczynającego swą drogę po szkoleniowe zaszczyty Alojzego Łyskę (trener 50- i 60-lecia GKS-u Katowice), podopiecznym „dokładał do pieca” w sposób, który nie przyjąłby się w żadnym innym klubie. Na długo przed mistrzowskim sezonem odszedł z Szombierek Waldemar Podolski (tak, ojciec Lukasa), bo – zdaniem Kostki – zwyczajnie nie dawał rady. Mistrz olimpijski z Monachium „zbudował” za to wspomnianego już Wiesława Surlita, bramkarza numer trzy (a może i cztery) w Widzewie, z którym łodzianie nie wiązali już nadziei i bez żalu wypuścili na Górny Śląsk. – Miał kłopot z pewnością chwytu. Więc zaleciłem mu, by ćwiczył go, codziennie odbijając piłkę od ściany i łapiąc w obie ręce – opowiadał mi kiedyś pan Hubert. Ćwiczenie niby proste; ale kiedy dziennie wykonujesz tysiąc – albo i dwa tysiące… – powtórzeń, mocno daje w kość…

Mistrzowska ekipa w kilka miesięcy po zdobyciu złota. Stoją od lewej: Wiesław Surlit, Roman Ogaza, Wenanty Fuhl, Grzegorz Kapica, Joachim Wieczorek, Andrzej Mierzwiak. W dolnym rzędzie od lewej: Janusz Sroka, Stanisław Kwaśniowski, Jan Byś, Han Pietryga, Andrzej Gruszka.

„Szefol” był jeden

Zachrypnięty głos „Sztajgra” – choć nie słyszałem go od prawie czterech dekad – wciąż brzmi w moich uszach. Znały go doskonale gwiazdy drugiej połowy lat 80. w Szombierkach: Zenon Lissek, Bogusław Cygan, solidny Adam Książek. Wszyscy – świętej pamięci, niestety; odchodzili w kwiecie wieku, napełniając smutkiem coraz mniej liczne grono kibiców „Zielonych” i samych „szombierkorzy” z boiska. W Austrii mieszka Roman Szewczyk – kolejna wielka postać bytomskiego klubu. Sukcesy (dwa razy Puchar Polski) notować zaczął dopiero po przeprowadzce do GieKSy (potem z powodzeniem grał przez lata we Francji oraz Austrii, gdzie z drużyną z Salzburga został nawet mistrzem tego kraju), ale to w koszulce „Zielonych” rozegrał najwięcej spotkań pierwszo- i drugoligowych (wg ówczesnej nomenklatury). Mawiano nań „Szefol” i każdy, kto go na boisku widział wie, że nie była to ksywka oparta wyłącznie o nazwisko: on tym szefem – a wręcz szefolem właśnie – był na co dzień!

Szczupak pana Edka

„Zieloni”, „Zieloni!” – „Sztajgra” już na trybunach przy Modrzewskiego nie ma. Ale okrzyk – wspólny, z kilkudziesięciu gardeł – wciąż słychać podczas spotkań Szombierek. Dziś to już tylko czwarta (czyli de facto piąta) liga; strasznie trudno się wygrzebać z piłkarskich dołów. Szombierki wpadły w kłopoty jeszcze w zeszłym stuleciu, kiedy – jak wiele innych górniczych klubów – w nowej społeczno-ekonomiczno-politycznej rzeczywistości – straciły górniczy patronat. Gwoździem do trumny okazała się kompletnie nieudana fuzja z Polonią: ognia z wodą pogodzić się nie da. Ale to „Zieloni” wyszli wtedy gorzej na tym mariażu. W obecnym wieku koleje ich losu bywały dramatyczne: aż po zupełny upadek i budowę zespołu – i klubu – od zera, czyli od klasy B. Miał w tym udział m.in. Edward Ambrosiewicz: legendarny – nie waham się użyć tego słowa – golkiper Szombierek przełomu lat 80. i 90. Pochodził z drugiego końca Polski, ale zakochał się w Bytomiu: smutnym, szarym śląskim mieście. I w Szombierkach oczywiście. Zakochał na tyle, że w 50. roku życia z odrodzonymi „Zielonymi” świętował – między słupkami! – awans do IV ligi. Co tam świętował: on go przypieczętował, w ostatnim meczu sezonu, decydującym o awansie, obronił rzut karny! Aha, a w jednym z wcześniejszych spotkań zdobył gola. Głową! A co tam głową – szczupakiem, jakiego nie powstydziliby się najlepsi snajperzy świata!

Edward Ambrosiewicz (w bramce) w kwiecie wieku, czyli w Szombierkach ekstraklasowych!

Miłość, która nie rdzewieje

„Zieloni”, „Zieloni!” – ten okrzyk się nie zmienia, zapewne ku radości „Sztajgra”, który mecze Bytomian ogląda już gdzieś z wysoka, z szombierkowskim szalikiem na szyi. Czasami zerka też na mecze Bundesligi, bo przecież to po niemieckich boiskach hasa teraz najsłynniejszy wychowanek Szombierek ostatnich lat. – Niech pan zobaczy, specjalną koszulkę mi przywiózł! – prezes Tomasz Buczyk, od kilku lat stojący u steru mistrza Polski ’80 – z dumą prezentuje koszulkę z nazwiskiem „Kamiński” na plecach. Jakub Kamiński, dziś zachwycający kibiców w Kolonii, a wcześniej również w Wolfsburgu, o swym macierzystym klubie nie zapomina. Zresztą to jego transfer z Lecha do „Wilków” dał Szombierkom kilka lat życia: wszystko dlatego, że ktoś – w przypływie natchnienia – w umowę z Kolejorzem wpisał procent dla Bytomian od dalszego transferu obecnego reprezentanta Polski. A Kuba, choć ledwie przez parę lat był zawodnikiem „Zielonych”, i to w erze „wczesnej podstawówki”, do dziś darzy macierzystą drużynę wielką sympatią. – Rozmawiamy parę razy w miesiącu – przyznaje prezes Buczyk. A na plakaty z podobizną „Kamyka” można się w klubowych korytarzach natknąć w wielu miejscach.

Zarobili na… rapie

Niezależnie od środków z tamtej transakcji, codzienność jest trudna. Regularny wpływ zapewnia.. targ staroci, organizowany raz w miesiącu na klubowych obiektach. W ciągu kilku lat zdobył sobie taką renomę, że w dniach targowych trudno w całej dzielnicy znaleźć miejsce parkingowe, a rejestracje samochodowe z województw odległych o kilkaset kilometrów nie są niczym niezwykłym. Klub niedawno rozszerzył zasięg „pchlego targu” o teren byłego przystadionowego basenu; więcej sprzedających to więcej wpływów do klubowej kasy. Miewają też włodarze Szombierek pomysły nietuzinkowe: w zimie urządzili sparing z Mazurem Radzymin. Rywal niekoniecznie magiczny, na dodatek grający w swym regionie o dwa szczeble niżej. Za to poszła w świat fama, że przyjedzie do Bytomia m.in. Jakub Rzeźniczak, okazyjnie w barwach Mazura grający. Supermagnesem miał być zaś… Grzegorz Krychowiak, serdeczny przyjaciel właściciela radzymińskiego klubu, którym jest słynny raper, Quebonafide. Ostatecznie ni „Rzeźnika”, ni „Krychy” w mroźne lutowe popołudnie w Bytomiu nie było; ale sam właściciel – choć w protokół wpisany skromnie: Kuba Grabowski – na sztucznej murawie się pojawił. A potem cierpliwie rozdawał autografy, podpisywał koszulki i pozował do selfie. Miał co robić: wokół treningowego boiska zjawiło się ponad 500 osób! Każda z nich zaś, by mecz obejrzeć, wykupić musiała cegiełkę na rozwój Akademii Szombierek! Może z tej mąki w przyszłości będzie smaczny piłkarski chleb?

Quebonafide (z lewej) ściągnął na sparingowy mecz Szombierek z Mazurem Radzymin pół tysiąca ludzi.

Szombierskie DNA

Na razie seniorski zespół mistrza Polski ’80 zakotwiczył w strefie środkowej czwartej ligi, która na Śląsku nosi nazwę I Ligi Śląskiej-InterHall. – Do walki o awans już się nie włączymy; spaść też nie spadniemy. Ale zawodnicy grają o swoją przyszłość, więc muszą pokazywać swą jakość, grać na maksa. Już teraz mamy w kadrze wielu młodych chłopaków. Na tej bazie chcemy stworzyć nasze własne, szombierskie DNA – mówi nam obecny trener „Zielonych”, Paweł Cygnar. Były ligowiec (w barwach Zagłębia Sosnowiec) parę tygodni temu świętował 40. urodziny. Uczcił je… dwuminutowym występem w ligowym meczu z Gwarkiem Tarnowskie Góry i oficjalnie zawiesił buty na kołku, poświęcając się wyłącznie pracy szkoleniowej.

Paweł Cygnar legendą Szombierek (na razie?) nie jest. Na co dzień zasiada na ich trenerskiej ławce, a tak niedawno kończył karierę zawodniczą.

– Na razie wciąż budujemy pewność siebie. Na tę wiosnę mamy pewien cel punktowy, ale go nie zdradzę. A co potem? Zobaczymy – zastanawia się jeden z bardziej doświadczonych „szombierkorzy”, Dawid Krzemień. Trener jest ciut bardziej konkretny w rozmowie o przyszłości.

– Kiedy podpisywałem umowę z prezesem, za cel postawiliśmy sobie powrót do I Ligi Śląskej-InterHall (Bytomianie grali wówczas szczebel niżej – dop. aut.). To się udało. Kolejny krok to stworzenie zespołu, który w przyszłym sezonie powalczyć ma o cele bardziej ambitne niż te, na które pozwala nam obecna runda – dodaje Paweł Cygnar.

Bytomian bardzo dawno już nie widziano na szczeblu centralnym. Betclic 3. Liga byłaby swego rodzaju ukoronowaniem marzeń i nadziei tych, którzy – jak „Sztajger” przed dekady – wciąż jeszcze krzyczą z trybun przy Modrzewskiego: „Zieloni”, „Zieloni!”.

Mnie się to czasami też jeszcze zdarza, wszak to sentymentalny powrót do lat błogiego dzieciństwa,..

 

Tekst: Dariusz Leśnikowski

Zdjęcia: archiwum prywatne, Szombierki Bytom / Daniel Roczniok

Turniej Silesia Cup 2026 – informacje w pigułce

Turniej Silesia Cup 2026 – informacje w pigułce

Serdecznie zapraszamy do kibicowania młodym zawodniczkom i zawodnikom w kolejnej 6. edycji Turnieju piłki nożnej dla dzieci Silesia Cup o Puchar Marszałka Województwa Śląskiego. Impreza jest dofinansowana ze środków pochodzących z budżetu województwa...

Rekord kontra Constract po raz trzeci o Puchar Polski

Rekord kontra Constract po raz trzeci o Puchar Polski

Już w piątek, 1 maja o godzinie 18:00, hala przy ul. Startowej w Bielsku-Białej stanie się areną wielkiego futsalowego święta. W pierwszym meczu finału Pucharu Polski zmierzą się dwie najbardziej rozpoznawalne marki ostatnich lat - Rekord Bielsko-Biała oraz Constract...